Otwarcie festiwalu imienia Ady Sari – „Rycerskość wieśniacza” (12.05.2017)

Nowy Sącz to niezwykłe miasto. Założone w XIII wieku, może pochwalić się pięknym, nieco morawskim w zabudowie rynkiem i wspaniałą bazyliką pod wezwaniem św. Małgorzaty. Położone nad malowniczym Dunajcem, nieco ponad sto kilometrów od Krakowa. Co nie zmienia niestety faktu, że trasa pośpiesznym autobusem z dawnej stolicy Polski trwała prawie trzy godziny, w centrum miasta co druga kamienica jest w opłakanym stanie, a urocze cesarsko-królewskie kawiarnie sąsiadują z kebabami.

Co mnie, Dolnoślązaka, sprowadziło do Nowego Sącza? Festiwal imienia Ady Sarii. Mogę się pochwalić, że organizatorzy wysłali mi zaproszenie na inauguracyjny koncert, pokrywając jednocześnie koszty zakwaterowania. Zresztą, czy mógłbym odmówić „Rycerskości wieśniaczej” z Małgorzatą Walewską i Mariuszem Godlewskim?

Okres „przed spektaklem” nie należał do najprzyjemniejszych. Choć droga z Wrocławia do Nowego Sącza nie jest szczególnie długa, podróż zajęła mi ponad siedem godzin. Marsz do hotelu w samym środku ulewy też nie pomógł. Przed koncertem ruszyłem na rynek. Zrobiłem kilka zdjęć, ale przy tak niepewnej pogodzie zwiedzanie nie wchodziło w rachubę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zmęczony, ale pełen zapału, postanowiłem, że będę się dobrze bawił.

I przyznaję – bawiłem się przednio. Czy koncert był idealny? Na pewno nie. Ale nie dość, że większość elementów działała, to jeszcze udały się te aspekty, których nie uwzględniłem w nawet najbardziej optymistycznych scenariuszach.

Koncert inauguracyjny był prawdziwą klęską urodzaju. Widzowie zapełnili wszystkie miejsca w Bazylice już na kwadrans przed występem. Na szczęście obrotny proboszcz udostępnił z magazynu rezerwowe ławy. Dzięki temu widzowie mogli spokojnie posiedzieć (chociaż musiałem się zdrowo nakombinować, by dostać się do pierwszego rzędu). Orkiestrę i chór usadowiono pomiędzy prezbiterium, a nawą główną (zasłaniając tym samym tenora, śpiewającego sicilianę w prezbiterium). Solistom pozostawiono wąski pas przestrzeni pomiędzy ołtarzem, a pierwszym rzędem (gdy nie śpiewali, siadali w zarezerwowanych dla nich miejscach). Wyzwanie niemałe, bo po pierwsze śpiewacy grali jak na scenie (w dodatku opera Mascagniego wymaga szybkiego i intensywnego ruchu scenicznego), po drugie byli bez kostiumów, a po trzecie i najtrudniejsze – śpiewali odwróceni do dyrygenta.

Organizacyjnie wszystko poszło gładko (nie licząc nadmiernej nadpodaży widzów) – koncert rozpoczął się tylko z minimalnym opóźnieniem, oszczędzono nam zbędnych mów i  nie było żadnych niemiłych niespodzianek.

Skupmy się na walorach artystycznych. Całością (czyli Orkiestrą Akademii Beethovenowskiej i Chórem Polskiego Radia) dyrygował Francesco Bottigliero i był on zdecydowanie najsłabszym ogniwem spektaklu. Prezentował wybitnie wręcz nierówny poziom, zaczynając nerwowego, chaotycznego preludium, by później poprowadzić orkiestrę ciepło i elegancko. Muszę go pochwalić za interwencję w kilku trudniejszych momentach – kiedy Walewska nie mogła się zdecydować jak skończyć duet z Turiddu („normalnie”, czy afektacją), przedłużył finał, by dać „czas” primadonnie. Za to plus. Niestety, w bardziej dramatycznych scenach prowadził orkiestrę skrajnie bombastycznie, zagłuszając przy tym solistów. Szczególnie mocno ucierpiał na tym Mariusz Godlewski, całkowicie przykryty w finale arii Alfia i w duecie z Santuzzą.

W orkiestrze zdecydowanie wybili się harfiści, prezentując iście płytową formę. Także fagoty i flety są godne najwyższego uznania. Poza tym muzycy dobrze wywiązali się ze swego zadania, choć nie odbyło się bez drobnych wpadek. W finałowej części preludium (bardzo trudnej dla smyczków) słychać było niedociągnięcia u skrzypków, wręcz fałsz. Ponadto, muzyk grający na bębnie, miał wyraźne problemy z nastrojeniem swojego instrumentu.

Za to bez żadnych zastrzeżeń kupuję chór, zwłaszcza żeński – czyste, wyzbyte maniery soprany, ciepłe i ujmujące alty, do tego stopnia zaangażowane w fabułę, że niektóre z nich nawet płakały podczas spektaklu. Ale i panowie spisali się znakomicie. Szkoda, że nie podano nazwiska chórzystki grającej starą kobietę – dała świetny występ, a nie wyszła nawet kłaniać się po spektaklu.

Pozostało jeszcze być albo nie być każdej werystycznej opery – soliści. I teraz powiem coś zaskakującego. Spektakl był zaśpiewany w prawdziwie werystycznym stylu. Żadnego tam współczesnego, gęstego tłumaczenia się typu:  to powinno się poprowadzić liryczniej i delikatniej lub potraktujmy to jak wysublimowaną rozrywkę, nie! Dostaliśmy krew, łzy i namiętność rodem z lat 60-tych. Brawo!

Małgorzata Walewska jest pierwszą współczesną Santuzzą, o której mogę spokojnie powiedzieć, że jest równie dobra jak Santuzzy ze złotej ery śpiewu. Dysponuje wielkim głosem (kiedy ostatnio słyszeliście w weryzmie primadonnę, która ma wyraźny zapas w dole, i w górze rejestru?) i potrafi swobodnie nim operować  od miękkich, lirycznych fraz w pierwszej rozmowie z Mamą Łucją, poprzez mroczne, piersiowe tony aż po szeroką, imponującą górę. Nawet w najbardziej szalonych fortissimo dyrygenta głos Walewskiej pozostał niewzruszony. Status gwiazdy i primadonny z pierwszych stron gazet został jak najbardziej potwierdzony.

O ile liczyłem, że Walewska podoła Santuzzie, o tyle nie miałem wielkich oczekiwań wobec tenora. A tu niespodzianka – pan Arnold Rutkowski poradził sobie z morderczą partią. Co więcej, utrzymał siły aż do końca, co przy mało litościwej orkiestrze wcale nie było takie pewne. Rutkowski miał dodatkowe utrudnienie – jego głos jest odrobinę za liryczny do tej roli, więc pewne obszary ekspresji były dla niego nieosiągalne. Za to technicznie dwoił się i troił, by wycisnąć z głosu tyle pasji, ile tylko się dało. Świetna robota i czekam na więcej.

Mariusz Godlewski ma bardzo ładny i ułożony głos. Jednak w roli Alfia może być to niebezpieczna pułapka. Bardzo łatwo stać się za grzecznym i przesadnie wysublimowanym (co w tej roli kompletnie nie pasuje). Na szczęście, Godlewski wpadł na dobry pomysł, by ukazać bardziej romantyczną stronę Alfia – ten woźnica prawdziwie kocha i prawdziwie cierpi. W duecie z Santuzzą słyszeliśmy więcej rozpaczy niż urażonej dumy. Pod kątem interpretacyjnym nie mam zastrzeżeń. Gorzej, że solista obdarzony takim głosem trafił pod skrzydła wybuchowego dyrygenta. W swojej arii z biczem znikał i wypływał pod natłokiem orkiestry, a w Vendetta przepadł całkowicie. Ale nie będę go za to winił. Muszę jednak wspomnieć, że w duecie z Turiddu tak się zestresował, że aż „wpadł” w jedną z fraz tenora. Wpadka, ale w ogólnym rozrachunku wyszedł obronną ręką.

Prawie idealnym występem może pochwalić się Lola (Wanda Franek). W pierwszej scenie z Turiddu śpiewała miękkim, uwodzicielskim, niemalże pluszowym głosem. Technicznie była bezbłędna, a aktorsko – bardzo przekonująca. Gorzej, że w drugiej scenie (przy toaście) zapomniała o jednej frazie – ale jeśli przymkniemy oko na to jedno potknięcie, możemy mówić o fantastycznym występie.

PS – otrzymałem wiadomość od organizatorów festiwalu i Ci zapewniają, że muzycy pracowali nad „Rycerskością wieśniaczą” w wydaniu Schimmera i „zapomniana” fraza Loli powinna trafić do tenora. A zatem mieliśmy wybitną Lolę. 

Dobromiła Lebiecka, grająca Mamę Łucję (jakoś nie lubię włoskiego terminu Mamma Lucia) zaczęła nieco za jasnym, „za ładnym” głosem. Szybko poprawiła ten mankament i w całej operze brzmiała znakomicie. Muszę ją szczególnie pochwalić za świetne operowanie językiem włoskim.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Reasumując, dostaliśmy niespotykanie wręcz pięknie zaśpiewaną „Rycerskość wieśniaczą”. Gdyby nie drobne wpadki i nieogarnięty dyrygent, moglibyśmy mówić nawet o przedstawieniu wybitnym.  Jestem szczególnie wdzięczny za przywrócenie mi wiary w werystyczne spektakle – miło wiedzieć, że są jeszcze na świecie miejsca, gdzie wszystko gra się po Bożemu, bez zbędnych nadinterpretacji. Jeśli podobna obsada zawita na festiwal za dwa lata, podjęcie tak długiej podróży będzie miało sens.

Reklamy

Informacje o poprostuopera

Marek Błaszczak - Pasjonat opery, dobrej literatury i gier RPG. Dziwny charakter pisma i miłośnik dobrej kuchni. Wszelkie prawa zastrzeżone: kopiowanie, powielanie i przekształcanie artykułów za zgodą autora (proszę pisać maila na adres poprostuopera@gmail.com, na pewno odpowiem)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

11 odpowiedzi na „Otwarcie festiwalu imienia Ady Sari – „Rycerskość wieśniacza” (12.05.2017)

  1. Drusilla pisze:

    „Orkiestrę i chór usadowiono na ołtarzu”
    Oj, to musi być tam wyjątkowo wielki ołtarz 😉
    Ze zdjęcia wynika, że stali pomiędzy prezbiterium a nawą główną.

  2. poprostuopera pisze:

    O matko, ale wtopa 🙂 Dziękuję, już poprawiłem.
    Pozdrawiam!

  3. Monika pisze:

    Oj czytając tą krytykę mam wrażenie, że autor ma wręcz alergię na Włochów… Mama Łucja? Rycerskość? I włoski temperament nazywany nieogarnięciem! Po co przyjeżdżać w takim razie na włoską operę? By posłuchać jej w polskim wydaniu? Trzeba się trochę znać na muzyce i tradycji opery by odważyć się komentować aż tak obraźliwie i nieprofesjonalnie..

    • poprostuopera pisze:

      Dzień dobry,

      Akurat „Rycerskość wieśniacza” jest oficjalnym polskim tłumaczeniem, więc nie bardzo rozumiem zarzut („Mama Łucja”, przyznaję, jest moim osobistym odchyłem). Wloski temperament jak najbardziej mi odpowiada, pod warunkiem, że nie odbywa się kosztem solistów (a tu tak było) – moimi ulubionymi nagraniami „Rycerskości… ” są wersje Corelliego i Gigliego, a im by raczej nikt nie odmówił „włoskości”… Ale to pewnie Pani wie, bo nie wyobrażam sobie, by pisać „Trzeba się trochę znać na muzyce i tradycji opery by odważyć się komentować aż tak obraźliwie i nieprofesjonalnie” na podstawie tylko jednego wpisu.

      Pozdrawiam,
      MB

      • Monika pisze:

        No cóż, może zajął Pan niewłaściwe miejsce i stąd wrażenie że orkiestra zagłuszała solistów. W kościele trzeba liczyć się z nierównomiernym dźwiękiem i z utrudnieniami w postaci echa. Ja słyszałam wszystkich i jestem zachwycona szczególnie dyrygentem. Pana opinia jest bardzo subiektywna, ale w sumie Pana prawo..
        Pozdrawiam

    • Dodek pisze:

      Ja nie zauważyłem żadnej tam alergii …Natomiast …. to nie zadna krytyka – i nie „tą” tylko „tę” …ortografia kłania sie – tylko profesjonalna recenzja, z dokładnymi przykładami..błędów i pozytywów. Nie odniosła się Pani polemicznie, tylko niegrzecznie zarzuciła Pani Autorowi brak znajomosci muzyki i opery. Gdzie Pani zauważyła obraźliwosć i nieprofesjonalnosć …Bo ja własnie podziwiam u Pana Marka tak szczegółowe wnikanie w szczegóły wykonania. Mimo wielu zastrzeżeń, ogólna ocena przedstawienia jest prawie entuzjastyczna, w przeciwienstwie do krytyków profesjonalistów, którzy przescigają się …przewaznie w licytowaniu błędów.
      Pisze też Pani, że opinia Pana Marka jest bardzo subiektywna.
      Otóż Szanowna Pani, nie wiem czy Pani wie, a jak nie wie Pani, to niech sobie Pani zapamiąta na przyszłosc, że nie ma innych opinii niż subiektywne. I nie ma opinii bardziej czy mniej subiektywnych.
      Natomiast …pisze Pani:
      Po co przyjeżdżać w takim razie na włoską operę? By posłuchać jej w polskim wydaniu? Trzeba się trochę znać na muzyce i tradycji opery by odważyć się komentować aż tak obraźliwie i nieprofesjonalnie..
      …..jak mawiam wystarczy jedno zdanie (tu dwa) i wiem z kim mam przyjemnosć ..

      • Ula pisze:

        Ortografia kłania się – nie Pan Marek, ale pan Marek

        Od Autora bloga

        Nie mogę już napisać pod komentarzem, więc zamieszczam tutaj: Zgodnie z zasadami polskiej ortografii, wielką literą możemy pisać te wyrazy, które dotyczą osób, przedmiotów lub pojęć abstrakcyjnych, darzonych przez piszącego szacunkiem, miłością itp. Na przykład: Kochani Rodzice, Mój Najdroższy, Polska to moja Ojczyzna. – prof. Małgorzata Marcjanik, Uniwersytet Warszawski.

        Apeluję do wszystkich (nie chodzi mi tylko o Panią/panią Ulę) o wstrzymanie się w komentarzach z polsko-polską wojną o ortografię – wiele osób pisze pod wpływem emocji, a często nie ma czasu ani możliwości na ponowne sprawdzenie. Dogryzanie sobie tylko w tej sprawie nikomu nie służy.

        Pozdrawiam,
        Marek Błaszczak

  4. poprostuopera pisze:

    W mojej opinii, głównym zadaniem relacji ze spektaklu jest rzetelne opisanie organizacji imprezy i ocena na podstawie własnych wrażeń, a te drugie są raczej rzadko obiektywne.Chciałbym zaznaczyć, że wskazałem też na dobre strony pracy pana Bottigliera.

    Być może była to kwestia akustyki, ale z drugiej strony panią Walewską słyszałem doskonale przez cały spektakl, a np. z panem Godlewskim był problem ilekroć orkiestra grała „forte”, więc przyznam, że wciąż mam spore wątpliwości.

    No cóż, mam nadzieję, że przy innych wpisach będziemy bardziej zgodni.

    Pozdrawiam

  5. Interesująca recenzja, ale proszę poprawić tytuł artykułu: Festiwal Ady Sari, a nie Sarii…Pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s