Bitwa na nagrania – „Cyganeria” Beechama vs reszta świata

Ci, którzy śledzą mojego bloga od dłuższego czasu, wiedzą, że „Cyganeria” z 1956 roku jest moją najulubieńszą płytą. Genialnie wręcz dyrygowana przez Sir Thomasa Beechama, z równie wspaniałą Victorią de los Angeles i mistrzowską resztą obsady, jest jedną z tych płyt, które nigdy się nudzą. I pomimo, że kupiłem tę płytę 13 lat temu (ale ten czas leci!), pozostaje dla mnie niekwestionowanym numerem jeden.

W związku z tym nigdy nie czułem się zobowiązany do stworzenia pełnoprawnej dyskografii tej opery – „Cyganeria” Beechama to dla mnie pierwsza rekomendacja, która powinna zajmować zaszczytne miejsce w kolekcji każdego melomana. Z drugiej strony –  jest jeszcze kilka kultowych nagrań i szkoda by było je pominąć.

Wpadłem wtedy na szalony pomysł – a co gdyby sprawdzić, czy moja ulubiona „Cyganeria” pokona trzy inne pozycje? W ilu kategoriach wygra, jeśli po drugiej stronie stanie aż trzech przeciwników?

Bitwa na nagrania – „Cyganeria”

W lewym narożniku!

Victoria de los Angeles, Jussi Bjorling, Robert Merrill, Lucine Amara, John Reardon, Giorgio Tozzi, Fernando Corena, chór i orkiestra RCA Victor, dyr. Sir Thomas Beecham (EMI, 1956)

W prawym narożniku!

  1. Renata Tebaldi, Carlo Bergonzi, Ettore Bastianini, Gianna D’Angelo, Renato Cesari, Cesare Siepi, Fernando Corena, chór i orkiestra Akademii pod wezwaniem św. Cecylii, dyr. Tulio Serafin (Decca, 1958) – jedno z największych nagrań duetu Tebaldi/Bergonzi, z natchnionym Serafinem za pulpitem (ponoć śpiewał razem z chórzystami w akcie II!),
  2. Mirella Freni, Nicolai Gedda, Mario Sereni, Mariella Adami, Mario Basiola Jr, Ferrucio Mazzoli, Carlo Badioni (Benoit), Paolo Montarsolo (Alcindoro), chór i orkiestra Opery w Rzymie, dyr. Thomas Schippers (EMI, 1963) – uznane za najlepsze nagranie wg. encyklopedii „1000 i jedna opera”, z młodziutką Mirellą Freni i znakomitą resztą zespołu. Dyrygent dba o naturalną, ciepłą i elegancką atmosferę.
  3. Mirella Freni, Luciano Pavarotti, Rolando Panerai, Elisabeth Harvood, Gianni Maffeo, Nicolai Ghiaurov, Michel Senechal (?), Schonberger Sangerknaben, chór i orkiestra Opery w Berlinie, dyr. Herbert von Karajan (Decca 1972) – jedna z najlepiej sprzedających się wersji „Cyganerii”, wyprodukowana z prawdziwie hollywoodzkim rozmachem.

Zanim przystąpimy do dalszej oceny, bardzo ważna uwaga – po pierwsze wszystkie wspomniane płyty uważam za rewelacyjne i nawet jeśli coś w nich krytykuję, to w domyślne nie ma elementu, który spadłby poniżej poziomu „bardzo dobrego”.

Kategoria pierwsza – najlepsza Mimi (kategoria za 2 punkty)

Victoria de los Angeles vs Renata Tebaldi, Mirella Freni (z 1963) i Mirella Freni (z 1972)

Ponieważ na czterech płytach śpiewają tylko trzy śpiewaczki, eliminacja jednego miejsca jest łatwa: wystarczy bowiem wybrać lepszą kreację Mirelli Freni. Moim zdaniem jest bardziej młodzieńcza i naturalna w pierwszym nagraniu EMI.

Wszystkie trzy panie prezentują znakomity poziom. Victoria de los Angeles ma najpiękniejszą barwę głosu, jest niewinna, młodzieńcza, ale też potrafi się bawić i wykrzesać niewiarygodne wręcz pokłady uroku i kokieterii. Tebaldi śpiewa wspaniale, a jej pianissima budzą mój niekłamany zachwyt. Jednak jej ciepło ma raczej matczyny niż młodzieńczy wymiar. Z kolei Freni brzmi klasycznie, wręcz wzorcowo, jednak jej kreacja nie może mi się wryć w pamięć. Być może właśnie z powodu zbyt standardowej interpretacji…

Podsumowując – trzy wielkie primadonny, ale de los Angeles jest dla mnie nie do pobicia.

Zwyciężczyni – Victoria de los Angeles

Kategoria druga – najlepszy Rudolfo (kategoria za 2 punkty)

Jussi Bjorling vs Carlo Bergonzi, Nicolai Gedda i Luciano Pavarotti

Wydawać by się mogło, że porównywanie czterech śpiewaków powinno być łatwe. Nic bardziej mylnego. Każdy z panów prezentuje gigantyczne zalety, wyjątkowe tylko dla niego, każdy daje wspaniały występ od samego początku do końca. I u każdego znalazłem drobne niedociągnięcie. Jussi Bjorling triumfuje zapierającą dech w piersiach górą, niewiarygodnie młodzieńczą i naturalną. Natomiast środek rejestru jest nieco za suchy, za „zimny”. W opozycji stoi Bergonzi: jego naturalna sztuka frazowania pozwala mu wręcz rozpływać się w środkowym rejestrze, z drugiej strony – w tym kwartecie to jego górne tony są najskromniejsze. Nicolai Gedda śpiewa niewiarygodnie inteligentnie i jest to chyba jedyna wersja, gdzie mogę uwierzyć, że Rudolfo wielkim poetą był. Jednak z tego powodu gdzieś uciekł żar młodości, prostota – ten poeta ma w sobie zdecydowanie za dużo z arystokraty. Pavarotti ma chyba najpiękniejszą barwę głosu i jego tenor najbardziej pasuje do roli Rudolfa. Z drugiej strony jego starsze nagrania (choćby ciekawy półpirat z 1969) dowodzą, że mógł zaśpiewać jeszcze bardziej młodzieńczo i swobodnie.

Czterech wielkich, fascynujących Rudolfów, których mogę słuchać na przemian. Nie mam sumienia wybrać tylko jednego.

Zwycięzca – remis

Kategoria trzecia – najlepszy Marcello (kategoria za 1,5 punktu)

Robert Merrill vs Ettore Bastianini, Mario Sereni i Rolando Panerai

Ettore Bastiani był bez wątpienia wielkim, verdiowskim barytonem, którego zapamiętamy z nagrań z Callas, Corellim, Bergonzim i kilkoma innymi wielkimi gwiazdami. Niestety, opuścił nas zdecydowanie przedwcześnie. Choć niewiarygodnie go cenię, skłamałbym i to mocno twierdząc, że lubię jego głos (tak, wiem, jestem w mniejszości). Cenię go jednak w Verdim i w tych „mocniejszych” werystycznych operach. Jednak grając Marcella trzeba umieć też być delikatnym, nienachalnie komicznym i nieco naiwnym. I tego niestety Bastianiniemu brakuje. Sereni radzi sobie zdecydowanie lepiej, lecz Merrill i Panerai  „wycisnęli” z roli jeszcze więcej. Wybór między tą dwójką jest bardzo trudny, ale moim Panerai minimalnie wygrywa: wcześniej nagrywał tę rolę u Zeffirelliego (a jeszcze wcześniej z Callas!) i bez wątpienia sporo się od nich nauczył. W dodatku, pomimo wieku, jego głos jest jaśniejszy, bardziej pasujący do Marcella. Tak więc o włos, ale jednak nagranie Decci.

Zwycięzca – Rolando Panerai

Kategoria czwarta – najlepsza Musetta (kategoria za 1,5 punktu)

Lucine Amara vs Gianna D’Angelo, Mariella Adami i Elisabeth Harvood

Tym razem mamy zdecydowanie najłatwiejszą kategorię. Gianna D’Angelo śpiewa ładnie, ale mam wrażenie, że robi wszystko, byleby nie podpaść primadonnie. Mariella Adami świetnie pasuje na członka paryskiej ekipy i gdyby śpiewała mniejszą rolę, na pewno oceniłbym jej występ wysoko. Jednak Musetta musi być silną (jeśli nie najsilniejszą) indywidualnością i tego zdecydowanie zabrakło. Elisabeth Harvood brzmi miejscami zbyt ostro i jej głos nie pasuje do Musetty. Zdecydowaną zwyciężczynią jest Lucine Amara, dokonująca najlepszego nagrania w swojej karierze. Nie jest co prawda aż tak hardą Musettą do jakich się przyzwyczailiśmy, ale ma dość osobowości i mocy w głosie by nie dać się zepchnąć do kategorii „tego drugiego sopranu”. I choć świat słyszał inne wielkie Musetty (Ljubę Welitsch, Annę Moffo, a w naszych czasach Ainhoę Arteta i Susannę Phillips), to wielki walc Musetty pozostanie dla mnie walcem Amary.

Zwyciężczyni – Lucine Amara

Kategoria piąta – najlepszy Schaunard (kategoria za 1 punkt)

John Reardon vs Renato Cesari, Mario Basiola Jr i Gianni Maffeo

Tu już będzie o wiele trudniej, z bardzo prostego powodu – żaden z panów mnie nie przekonał. John Reardon śpiewa ładnie, ale osobowość Schaunarda sprowadził do roli drużynowego żartownisia – to zdecydowanie za mało, by mnie zadowolić. Cesariemu brakuje odwagi by wyróżnić się na tle wielkich kolegi i jego muzyk gdzieś zaginął na trzecim planie. Mario Basiola Jr prezentuje zdecydowanie najciekawszą interpretację, ale brzmi jakby był 20 lat starszy od swoich kolegów. Gianni Mafffeo, nawet jeśli bywa trochę za poważny w pierwszych aktach, będzie chyba najlepszym wyborem. Ma najładniejszy głos i jest na tyle charakterystyczny, by rozróżnić go w scenach zbiorowych.

Dziwnie się czuję z tym, że najciekawszym Schaunardem jakiego słyszałem był współczesny, mało znany śpiewak (Patrick Carfizzi ze świetnym pomysłem na Schaunarda – szefa grupy).

Zwycięzca – Gianni Mafffeo

Kategoria szósta – najlepszy Colline (kategoria za 1 punkt)

Giorgio Tozzi vs Cesare Siepi, Ferrucio Mazzoli i Nicolai Ghiaurov

W poprzedniej kategorii miałem czterech nie najlepszych Schaunardów, tu mam zestaw wielkich Collinów. Jak widać pierwsza rola basowa u Pucciniego (nawet drugoplanowa) może skusić największe gwiazdy. Szkoda mi Ferrucia Mazzoliego, który pięknie śpiewa i jest dobrym aktorem, ale z takimi tuzami nie mógł wygrać. Nicolai Ghiaurov brzmi fantastycznie, ale moim zdaniem ma trochę za duży głos, nieco nienaturalny w tej roli.

I przyznam się bez bicia, że na tym skończymy. Nie jestem w stanie wybrać pomiędzy Cesarem Siepim, a Giorgiem Tozzim. Obaj panowie są technicznie bezbłędni, a przy tym ich bohaterowie są wyzbyci  z akademickiego dostojeństwa. Ich filozofowie to postacie z krwi i kości, godni najlepszych sztuk teatralnych.

Zwycięzca – remis (pomiędzy Tozzim, a Siepim)

Notka od Autora – ponieważ w dyrygowanym przez Nicola Luisottiego spekatklu z MET mamy absolutnie bezbłędnego Paula Plishkę w roli Benoit/Alcindora zdecydowałem się zrezygnować z tej kategorii. Na wszystkich załączonych płytach panowie śpiewają bardzo pięknie (tylko obecność Senechala trochę mnie dziwi), choć żaden nie osiągnął poziomu Plishki.

Kategoria siódma – jakość dźwięku (kategoria za 1 punkt)

Inżynierowie EMI (1956) vs inżynierowie Decci (1958 i 1972) i inżynierowie EMI (1963

Czasu oszukać się nie da i choć nagranie Beechama nagrano bardzo porządnie, to jednak jest to wersja MONO. Pierwsze nagranie Decci brzmi dość średnio, natomiast wersja EMI została bardzo starannie odrestaurowana. Podobnie nagranie Karajana, w dodatku dźwięk ma zdecydowanie więcej przestrzeni – i do nich powędruje punkt.

Zwycięzcy – inżynierowie Decci (1972)

Kategoria ósma – chór i orkiestra (kategoria za 1,5 punktu)

Chór i orkiestra RCA Victor vs  Chór i orkiestra Akademii pod wezwaniem św. Cecylii, Chór i orkiestra Opery w Rzymie i Schonberger Sangerknaben, chór i orkiestra Opery w Berlinie

Wszystkich nagrań dokonano w czasach wielkich orkiestr i wybitnych zespołów chóralnych. Wybór będzie szalenie ciężki, ale chyba najbardziej spektakularni są muzycy z Berlina w nagraniu Karajana. Chociaż opera w Rzymie i zespół św. Cecylii to wspaniali muzycy, a podopieczni Beechama też byli w wielkiej formie. Punkt idzie do Decci z 1972, ale o włos.

Zwycięzcy – orkiestra Opery w Rzymie i Schonberger Sangerknaben, chór i orkiestra Opery w Berlinie

Kategoria dziewiąta – najlepszy dyrygent (kategoria za 2 punkty)

Sir Thomas Beecham vs Tulio Serafin, Thomas Schippers i Herbert von Karajan

Czterech wielkich artystów i cztery różne podejścia. Karajan jest monumentalny, hollywoodzki, ale też i zadziwiająco ciepły. Po prostu cieszy się grą swojego mistrzowskiego zespołu. Jednak gdzieś w tym wszystkim gubi się autentyczność dramatu – owszem mocniejsze sceny są wstrząsające, lecz ciężko uwierzyć, że dzieją się naprawdę. Schippers dyryguje niewiarygodnie lirycznie, pozwalając dramatowi płynąć w spokojnych, wręcz filmowych ujęciach. Jednak odnoszę wrażenie, że czasami był za skromny i orkiestra nie pokazała swojego potencjału.

Pojedynek rozegra się między dwoma wielkimi, klasycznymi mistrzami. Serafin prowadzi orkiestrę lekko i niewiarygodnie wręcz radośnie. Wspomaga śpiewaków i jest w pełni świadom ich możliwości (co świetnie słychać w arii Rudolfa). Całość spowija nostalgiczny uśmiech, trochę jakby chciał nam przedstawić najbardziej chwytające za serce sceny ze swojej młodości.

I jest mi szalenie smutno, ale wielki włoski mistrz musi uznać wyższość Beechama. To co wyprawia brytyjski maestro przekracza granicę mojej wyobraźni. Nie dość, że udało mu się skłonić śpiewaków i orkiestrę do absolutnie naturalnej, filmowej narracji, to jednocześnie udaje mu się utrzymać precyzję szwajcarskiego zegarka. Starannie wykalkulowane i dokładne nagranie, będące jednocześnie spontanicznym i pełnym młodzieńczego wigoru? Jakimś cudem się udało.

Wspomnieć trzeba o doskonałej współpracy z solistami – posłuchajcie tylko dwóch słynnych arii z aktu pierwszego. Gdy Bjorling uderza w górne tony w Che gelida manina, Beecham w absurdalnie wręcz naturalny sposób dostosowuje orkiestrę by uwypuklić potęgę głosu wielkiego Szweda. Podobnie w Si mi chiamano Mimi –  po di primavere z jednej strony pozwala rozbrzmieć każdemu instrumentowi, z drugiej –  jasno uwypukla, że był to krótki i naturalny przerywnik we frazie primadonny.

Beecham (co rzadkie) doskonale rozumie poczucie humoru Pucciniego – panowie ślizgają się w uroczym slapsticku, rodem z najlepszych oper komicznych, nie tracąc przy tym na powadze charakterów.

Prawdziwą wisienką na torcie jest akt II. Nawet Serafin, który poprowadził partyturę po mistrzowsku musiał tam choć raz zwolnić, choć raz zdobyć się na kompromis „muzyka vs teatr” i zerwać na kilka sekund sceniczną iluzję. Beechamowi jako jedynemu udało się uniknąć tej pułapki. Wszystko sunie się z niewiarygodnym wdziękiem, a granica między numerami została całkowicie zatarta (może poza minimalną przerwą przed walcem Musetty, ale to można śmiało wytłumaczyć jej „scenicznym” przejściem na drugą stronę kawiarni). Słusznie prawił śp. Janusz Łętowski, że kto nie słuchał nagrania Beechama, ten  nigdy nie zrozumie Pucciniego.

Nie jestem pewien, czy jest to najlepiej dyrygowana płyta jaką w życiu słyszałem, ale żadna inna nie przychodzi mi teraz do głowy.

Zwycięzca – Sir Thomas Beecham

Podsumowanie:

Nagranie Beechama – 5,5 punktu

Nagrania konkurencji – 5 punktów

Mojej ulubionej płycie nie zagroziła nawet „koalicja” słynnych płyt. Nawet po przesłuchaniu tych bez wątpienia pięknych płyt, wersja Beechama pozostaje moją absolutnie pierwszą pozycją.

Na koniec dwa słówka o konkurencji. Nagranie Tebaldi i Bergonziego to triumf ówczesnych gwiazd, wybitna pozycja dla wszystkich miłośników starej szkoły śpiewaczej. W wersji Freni i Geddy nie ma gwiazdorstwa ani budowania wielkich kreacji, ale całość świetnie funkcjonuje jako opowieść o społeczności (soliści są tu chyba najbardziej zgraną paczką kumpli). Karajan stworzył wielkie, luksusowe dzieło, do którego będzie wracał każdy miłośnik pięknych dźwięków. Może trochę nie moja bajka, ale doskonale rozumiem dlaczego tylu melomanów się nim zachwyca.

Oczywiście to nie koniec wielkich nagrań – wspomnieć należy choćby wersję Toscaniniego, Votto (z nietypową w tym emploi Callas oraz z di Stefano, Moffo i Paneraiem), czy kontrowersyjne nagranie Soltiego (z równie nietypowym w tej roli Domingo). Nie mówiąc o kilku słynnych płytach DVD (a dyrygują tam takie tuzy jak Karajan, Levine, czy świetny współczesny Luisotti). Ale o tym już innym razem.

Advertisements

Informacje o poprostuopera

Marek Błaszczak - Pasjonat opery, dobrej literatury i gier RPG. Dziwny charakter pisma i miłośnik dobrej kuchni. Wszelkie prawa zastrzeżone: kopiowanie, powielanie i przekształcanie artykułów za zgodą autora (proszę pisać maila na adres poprostuopera@gmail.com, na pewno odpowiem)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s