Ofelia i książę – „Hamlet” cz. 2

Komentarz: niechęć Anglików do dzieła Thomasa można łatwo zrozumieć – też byśmy się oburzali, gdyby w „Panu Tadeuszu” ksiądz Robak wszystkich uratował, a na końcu wyruszył ku zachodzącemu Słońcu, ku następnym przygodom…

Pan Piotr Kamiński w swojej „Tysiąc i jednej operze” apeluje o rozerwanie więzi między szekspirowskim oryginałem, a francuskim widowiskiem. Niestety – ponieważ porównujemy operowe adaptacje Verdiego, Wagnera, Nicolaia i Gounoda, to nie widzę powodu by „Hamletowi” przysługiwała taryfa ulgowa. Jednak ogromną przesadą byłoby stwierdzenie, że wysiłek librecistów całkowicie chybił celu. Oczywiście teatralny pierwowzór jest bez dwóch zdań bardziej złożony, a postacie prezentują o wiele więcej głębi, lecz pamiętajmy o żelaznej zasadzie adaptacji operowych – dzieło muzyczne dysponuje o wiele mniejszą pojemnością fabularną niż sztuka teatralna lub książka.

Szczerze mówiąc, początek zapowiada wręcz wzorcową adaptację – owszem, ścięto kilku bohaterów, a wśród sług przychodzących do Hamleta wystarczyłby jedynie Horacy, ale poza tym wybrano najważniejsze wydarzenia i wprowadzono całkiem zgrabne ekspozycje. Akt II i pierwsza połowa aktu III trzymają się solidnie. Co prawda brak Gildensterna i Rozenkranca, scen udawanego szaleństwa i rozterek Hamleta (czy duch króla nie był podesłany przez diabła), z drugiej strony trzeba było coś wyrzucić, a te wątki nie wnoszą niczego kluczowego do fabuły. Z drugiej strony wydaję mi się, że akt II można było lekko skrócić, a ciągła wymiana bohaterów w scenie ogrodowej nieodzownie kojarzy mi się z zabawą w komórki do wynajęcia.

Poważne komplikacje zaczynają się pod koniec III aktu – Hamlet nie zabija swojej matki (podobnie jak w oryginale), jednak sama Gertruda przeżyje dramat. A zatem zausznik uniknie swojej kary… Jeszcze gorzej, że w tej wersji Hamlet nie zabija Poloniusza (który w sztuce podburzał Ofelię przeciw Hamletowi), a więc jedyna sprężyna, która napędza tragiczną śmierć Ofelii to status porzuconej przez ukochanego. To cofa tę relację ze złożonej wielowątkowej intrygi politycznej ze sztuki Szekspira do prostej miłosnej historii o uwiedzionej i porzuconej. Hamlet co prawda postanawia się pogodzić z Ofelią, ale paradoksalnie to tylko bardziej wygładza konflikt, zostawiając nas z miłosną historią omyłek.

Sprawa o tyle się komplikuje, że o ile akt IV skupiony jest wyłącznie na Ofelii, to w piątym dostajemy wydarzenie za wydarzeniem – najgorszy element dramatu to bez wątpienia finał, gdzie duch pojawia się niczym najleniwsza deus ex machina, krwawy koniec staje się ledwie blado czerwonym, a szczęśliwe zakończenie brzmi wyjątkowo nieszczerze. Oczywiście większa część winy leży po stronie Dumasa starszego, a nie librecistów (bowiem Ci mogli być święcie przekonani, że dokonują wiernej adaptacji), nie umniejsza to faktu, że librettu daleko do światowej czołówki.

Rzecz jasna zdaję sobie sprawę, że „Hamlet” jest dzieckiem swoich czasów, a więc na karb libretta złożyła się ofeliomania (z tego też powodu primadonna zyskuje o wiele znaczniejszą rolę niż sugerowałby to pierwowzór), ale też i moda na grand opera,  gdzie nadbujność formy skrzywdziła ten w sumie zwarty dramat.  

Muzycznie „Hamlet” prezentuje się bardzo porządnie – owszem, żadne z niego arcydzieło pokroju „Carmen”, czy „Opowieści Hoffmanna”, ale sporo tu pięknych momentów. Wejście szlachty i królewskiej pary przypomina standardowe opery z młodego Verdiego, ale entree Hamleta wybudzi nieco senną widownię – wzniesiony na smyczkach temat duńskiego księcia ukaże wszystkie jego cnoty – żarliwość, determinację, szlachecką dumę i szczere, prawdziwie kochające serce. Jego duet z Ofelią, choć nieco niespodziewany (nie było go w dramacie), tu staje się istotnym elementem układanki. To starcie chromatycznych, niespokojnych motywów księcia z kojącymi, opartami na instrumentach dętych drewnianych (dominuje flet) frazami Ofelii. Rzecz to o tyle wieloznaczna, że ten sam motyw pojawi się w scenie obłędu. Gdy Laertes prosi o opiekę nad siostrą, Thomas nie jest w stanie wygrać z Walerym z gounodowskiego „Fausta”, ale zakończenie sceny prezentuje się całkiem ładnie. Musimy przeczekać nieco komediowe przejście paziów i finał pierwszej sceny, ale uwierzcie mi – warto. Preludium otwierające drugą scenę to jedna z najmroczniejszych kart francuskiej opery, gdzie każda nuta skutecznie buduje upiorne napięcie (do tego spotykamy tu dość rzadkie solo na puzon). Thomas ani myśli zasypywać gruszki na popiele – świetnie buduje recytatyw, opóźniając nadejście ducha (i wtrącając grany zza sceny motyw rodem z festynu). Duet ojca z synem został zbudowany na pozornie schematycznych elementach, jednak nie sposób dostrzec, że w pewnym momencie przeradza się w monolog króla z wtrąceniami Hamleta – widać wyraźnie, kto dysponuje większym autorytetem. Bez wątpienia to jedna z najlepszych scen w tej operze.

Akt II rozpoczyna motyw Ofelii, tyle uroczy co tkliwy, ukazujący całą kruchość bohaterki, niczym w dziełach Belliniego. Po jej pięknej arii czekamy na duet Gertrudy z Klaudiuszem – zbudowany z francuską żarliwością, choć niepozbawiony nerwowej wymiany zdań. Widać, że Thomas przyjrzał „Makbetowi” Verdiego. Tercet Gertruda-Klaudiusz-Hamlet jest nie nie tyle mroczny, ile spowity melancholią. Dość dziwny zabieg, ale z drugiej strony udało się dzięki temu stworzyć atmosferę z cyklu „wszyscy wszystko wiedzą, jednak każdy boi się sprawdzić karty przeciwnika”. Scenę kończy toast Hamleta, gdzie zręczny baryton może wskoczyć aż do G4 (łatwiejszy wariant oferuje F4) – choć to niewątpliwie piękna aria, wielu krytyków narzeka na oddanie tak dramatycznego momentu w ręce pustej wirtuozerii. Mi natomiast taki zabieg bardzo się podoba – to jeden z nielicznych momentów, gdzie Hamlet nie jest przez nikogo obserwowany, tak więc może dać w końcu upust swoim emocjom. Scena z „Morderstwa Gonzagi” bije cynizmem, czy wręcz groteską – zważywszy na sytuację w utworze jest to wybór jak najsłuszniejszy. Ponadto dostajemy tu niespotykane jak na operę solo na saksofon (zwracam uwagę, że to już drugi rzadko używany instrument dęty). Finał jest już bardziej konwencjonalny, choć przebijający się motyw Hamleta w dość interesujący sposób podkreśla indywidualizm tytułowego bohatera – miło, gdy bohater wybija się czymś innym niż imponującą górą.

Akt III rozpoczyna się słynnym monologiem, jednak po prawdzie jedynym fragmentem, który uważam za naprawdę godny uwagi jest duet Hamleta z matką, ignorujący wszelkie formy gatunku, ze starannie wyrzeźbionymi mini-ariosami.

Następnie przechodzimy płynnie do sceny z Ofelią (która ostatecznie zyskała status odrębnego aktu), zważywszy na wspomnianą już modę, spodziewałem się, że tu Thomas da z siebie wszystko. I nie pomyliłem się. Scenę otwiera solo na klarnet, a później… jakże by inaczej, skoro to czwarty akt grand opera – scena baletowa. Część krytyków to jeden z głupszych zabiegów Thomasa, sir Richard Bonynge wykazał więcej przytomności, wskazując, że kompozytor po prostu igrał z oczekiwaniami widzów przedłużając oczekiwania na dramat. Z ponurego recytatywu Ofelii przechodzimy do walca, ni to radosnego, ni upiornego. Chwila obłąkańczej radości dobiega końca, a Ofelia snuje balladę, która nieodmiennie kojarzy mi się z słynną arią Lakme. Po krótkim wtręcie chóru, Ofelia poważnie i odchodzi od spraw materialnych, teraz, gdy znów powraca motyw miłości do Hamleta, może nareszcie zniknąć.

Szczerze mówiąc, jestem nieco zły na Thomasa za pierwszą scenę aktu V, która nie dość, że mogłaby spokojnie opuścić partyturę, to jeszcze pasuje do klimatu dzieła jak pięść do nosa. Spokojna nastrojowa aria poprzedza „zbrojny” duet Hamleta i Laertesa (przypominający nieco ten z „Mocy przeznaczenia”, przynajmniej w wymowie). Finałowi nie można odmówić wielkości (i zaskakująco sprawnego zakończenia), ale nie jest dość dobry, by przebić absurd zakończenia.

Nierówny scenariusz, nierówna partytura mimo wszystko udanej opery… Przy obecnym znakomitym składzie barytonów powrót do dzieła Thomasa nie powinien nikogo dziwić. Nam pozostaje jedynie żałować, że nie wykorzystał tego talentu do adaptacji dzieła pośledniejszej miary…

Dyskografia:

  1. Thomas Hampson, June Anderson, Samuel Ramey, Gregory Kunde, Denyce Graves, Jean-Philippe Courtis, Ambrosian Opera Chorus, London Philharmonic Orchestra, dyr. Antonio de Almeida (EMI, 1994),
  2. Sherrill Milnes, Dame Joan Sutherland, James Morris, Gosta Winbergh, Barbara Conrad, John Tomlinson,  Chór i orkiestra Walijskiej Opery Narodowej, dyr. Sir Richard Bonynge (Decca, 1983),
  3. Thomas Hampson, Natalie Dessay, Jose van Dam, Mark Laho, Michelle de Young, Markus Hollop, orkiestra Teatru Capitol w Tuluzie, dyr. Michel Plasson (na żywo, 2000),
  4. Simon Keenlyside, Natalie Dessay, Alain Vernhes, Beatrice Uria-Monzon, Daniil Shtoda, Markus Hollop,  chór i orkiestra Gran Teatre del Liceu, dyr. Bertrand de Billy (EMI, 2003 – na DVD).

Kilka bardzo dobrych płyt – nagranie EMI jest chyba najbezpieczniejsze – bardzo solidny zostaw solistów (jedna z życiowych ról Thomasa Hampsona), zawiera też najbardziej kompletną wersję dzieła, dyrygent się postarał, a jakość dźwięku jest na wysokim poziomie.

W wersji Decci triumfują Sutherland i Milnes: to jedno z najlepszych nagrań w ostatnich latach kariery australijskiego słowika, nawet jej francuski można zrozumieć! A jeśli już mówimy o wielkich nagraniach w późnym wieku, to chyba ostatni wielki triumf Sherrilla Milnesa (swoją drogą, jest jeszcze znakomity półpirat z San Diego – dużo skrótów, średnia Ofelia i śpiewają po angielsku, ale Milnes prezentuje tam absolutnie szczytową formę!). Bonynge dyryguje bardzo kompetentnie, jednak ma nieco za ciężką rękę, nawet jak na operę z takim tytułem.

Nagranie Hampsona na DVD zawiera dość sporo skrótów i prezentuje średnią jakość dźwięku, jednak dopiero wtedy możemy się przekonać jak fantastyczną robotę odwalił amerykański baryton. Produkcja prosta, ale tradycyjna (nie licząc dam dworu, które ubrano w suknie balowe z czasów nowożytnych… – może zabrakło kostiumów i dali im stroje z „Zemsty nietoperza”?). Dessay tworzy znakomitą kreację, van Dam, DeYoung i Laho też mogą się podobać. Bardzo udana pozycja.

Wersję Keenlyside’a znam niestety tylko z fragmentów – z tego co znalazłem na youtubie, to protagonista prezentuje się znakomicie od strony wokalnej (niestety, widziałem za mało by powiedzieć cokolwiek o kreacji aktorskiej), dyrygent również nie zawodzi. Dessay straciła nieco wdzięku, a produkcja prezentuje się mniej interesująco od poprzedniczki. Mimo to, i ta wersja zapowiada się całkiem dobrze.

Tak więc mamy mocny zestaw, w dodatku z bardzo współczesnymi obsadami – jak widać, i w dzisiejszych czasach można nagrać coś ciekawego.

Zapamiętajcie proszę chociaż tyle:

  1. „Hamlet” to jedna z najsłynniejszych oper Ambroise’a Thomasa,
  2. Dzieło to powstało na fali ofeliomanii, co skutkowało przerzuceniem akcentów z wielowątkowej intrygi, do złożonych relacji Hamleta i Ofelii na tle burzliwej królewskiej historii,
  3. Czwarty akt to de facto bardzo rozbudowana scena obłędu, bodaj najsłynniejsza we francuskiej operze,
  4. Choć początkowo główną rolę miał śpiewać tenor, ostatecznie powierzono ją barytonowi,
  5. Świetny współczesny zestaw barytonów gwarantuje dziełu Thomasa solidne miejsce we współczesnym repertuarze.
Reklamy

Informacje o poprostuopera

Marek Błaszczak - Pasjonat opery, dobrej literatury i gier RPG. Dziwny charakter pisma i miłośnik dobrej kuchni. Wszelkie prawa zastrzeżone: kopiowanie, powielanie i przekształcanie artykułów za zgodą autora (proszę pisać maila na adres poprostuopera@gmail.com, na pewno odpowiem)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Ofelia i książę – „Hamlet” cz. 2

  1. Papagena pisze:

    „Hamlet” Franco Faccio jest chyba ciekawszy. A z wykonawców współczesnych Hamleta Thomasa nie wspomniał Pan o tym, który bije wszystkich wymienionych (oczywiście tylko w moich oczach i uszach) Stephane Degouta, niezapomnianego w spektaklu z La Monnaie. Była w nim też świetna Ophelie – Lenneke Ruiten.

    • poprostuopera pisze:

      Dobry wieczór,
      Szczerze mówiąc praktycznie nigdzie nie mogę dotrzeć do nagrań Degouta (nawet w stosunku do wersji Keenlyside’a), więc zdecydowałem się jej nie omawiać. Jeśli gdzieś się pojawi, załączę do wpisu stosowną erratę.

      Serdecznie pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s