W hołdzie la superbie – Montserrat Caballe (1933-2018)

Rzadko mi się zdarza, bym zasiadł do nowego wpisu tego samego dnia, co opublikowałem poprzedni, ale, niestety, to był fatalny tydzień dla muzyki. Najpierw jak grom z jasnego nieba gruchnęła wieść o śmierci najwybitniejszego piosenkarza francuskiego, Charlesa Aznavoura (1924-2018), a dziś poinformowano o śmierci wielkiej primadonny, dobrze nam znanej Montserrat Caballe (1933-2018).

Trudne początki:

O życiu tej wielkiej diwy pisałem już w ramach mojego rankingu ulubionych śpiewaczek: https://poprostuopera.wordpress.com/2017/08/21/na-250-tysiecy-wyswietlen-moich-10-ulubionych-sopranow-cz-2/ . Powtórzę więc tylko najważniejsze informacje. Urodziła się w Barcelonie, gdzie ukończyła konserwatorium (1954). Mimo złotego medalu dla najlepszej absolwentki, miała spore problemy ze znalezieniem angażu. Początkowo śpiewała w Bazylei i na mniej prestiżowych scenach niemieckich. Jej pierwszym ważniejszym występem był spektakl w Liceu, w roli Arabelli, zaś przełom nastąpił gdy zastąpiła niedysponowaną Marylin Horne w „Lucrecji Borgii” (1965). Od tego czasu była jedną z najbardziej rozchwytywanych primadonn epoki, zyskawszy przydomek la suberba (wspaniała).

Nagrywała dużo i chętnie, początkowo z Alfredo Krausem i Carlem Bergonzim, później z Pavarottim, Domingo i Carrerasem (którego zresztą wypromowała). W 1987 wystąpiła w singlu „Barcelona”, gdzie śpiewała ze znanym popowym piosenkarzem Freddiem Mercurym. Ten występ (choć sama Caballe traktowała z przymrużeniem oka) sprawił, że zyskała sławę także w kręgach poza-operowych (nie wiem nawet, czy dla szerokiej widowni nie jest obok Callas najbardziej znaną śpiewaczką operową).

Choć karierę sceniczną zakończyła gdzieś na początku XXI wieku, prawie do końca występowała w recitalach. Co prawda ich poziom nie był najwyższy (by nie powiedzieć, że głos śpiewaczki był daleki od tego, który znamy z płyt i dawnych występów), ale nie mogła narzekać na brak popularności. Inna sprawa, że w 2015 roku sąd udowodnił jej matactwa podatkowe, skazując ją na pół roku w zawieszeniu, zakaz pełnienia funkcji publicznych przez osiemnaście miesięcy oraz grzywnę w wysokości 280 000 dolarów, więc być może nie miała innego wyjścia.

Była aktywną działaczką UNESCO (była ambasadorką dobrej woli), choć z drugiej strony musiała podpaść środowiskom ekologów, gdy w latach dziewięćdziesiątych odbyła tournee po Rosji, gdzie w ramach zapłaty otrzymała kosztowne futra.

Była szczęśliwie żonata z tenorem Bernabą Martim, mieli dwójkę dzieci. Mąż, syn i córka ją przeżyli.

Anielskie pianissima i miękkie tony:

Jak wielu recenzentów, tak i ja uważam, że najpiękniejsze lata w karierze Caballe dotyczą czasów, gdy śpiewała lżejszy repertuar. Zresztą, kto mnie będzie za to obwiniał, gdy sopranistka dysponowała tak pięknym, miękkim, czystym głosem? Lata wykuwania sukcesu i odwrotna piramida ról (zaczęła od ciężkiego Straussa, po czym przeszła we włoskie belcanto) nie zabiły jej głosu, a przeciwnie – dały warsztat i technikę godną największych gwiazd.

Choć w pewnym momencie wpadła w pułapkę Donizettiego (ponoć, gdy zapraszano ją do kolejnej roli z jego oper, mówiła „Co, znowu Donizetti?”), miała na swoim koncie znakomite kreacje w Bellinim, Verdim, Puccinim, a nawet u Richarda Straussa.

Jak już pisałem we wcześniejszych wpisach, największym atutem Caballe była sztuka tworzenia niemalże niekończących się piano pianissimo. Niestety, nie udało się ich  „sprzedać” następnym pokoleniom. W jednym z wywiadów przyznała, że nauczyła się tej techniki za dzieciaka, gdy słuchała popularnego wówczas tenora, Miguela Flety (choć nie ukrywała, że od początku miała do nich naturalny talent).

Wielka diwa w starym stylu

Caballe nie była wielką aktorką, ale umiała budować swój wizurek, który niejako uzupełniał sceniczne niedostatki. Stroiła się w wystawne futra, jej palce zdobiły drogie i rzucające się w oczy pierścienie, nie ukrywała swojej solidnej nadwagi. Ale w tym właśnie tkwiła metoda, Caballe chciała być wspaniałą primadonną z dawnych epok. Do tego miała doskonałe poczucie humoru i ogromny dystans do siebie. Po raz kolejny przytoczę anegdotę z jej warszawskiego koncertu. Ktoś z organizatorów skopał sprawę z programem (to znaczy nie wydrukowano go i nie rozdano publiczności), nie było też jakiejkolwiek wzmianki w internecie. A zatem kiedy Caballe zaczęła śpiewać inną arię niż sugerowałby akompaniament, momentalnie przerwała i spojrzała pytająco na dyrygenta. Po krótkiej konsternacji, powiedziała po angielsku do widowni Widzicie Państwo, mi również nikt nie wręczył programu.

Lubiła swoich kolegów, a oni lubili i cenili ją. Była przyjaciółką wszystkich trzech tenorów (z czego z Carrerasem łączyły ją wybitnie zażyłe stosunki na niwie mistrzyni-uczeń), znana jest też jej przyjaźń z Marylin Horne. Wśród naszych solistów, Caballe śpiewała razem z Ewą Podleś – nasza wybitna kontralcistka podkreślała, że Montserrat może i nie była sceniczną lwicą, ale kiedy zaczynała śpiewać, to fakt, że nie wyglądała jak usychająca z miłości szesnastolatka nie miał żadnego znaczenia.

Nie chcę się przesadnie powtarzać w stosunku do wpisu o moich ulubionych sopranach (choć zdaję sobie sprawę, że sporo z niego zaczerpnąłem), zresztą wydaje mi się, że prawie każdy Czytelnik mojego bloga znał wystarczająco dobrze Caballe. Bez wątpienia odeszła od nas jedna z największych primadonn naszych czasów, prawdziwy fenomen, którego nie da się zapomnieć.

Spoczywaj w pokoju wielka diwo!

Dyskografia (wybór ograniczony, kolejność ma znaczenie):

  1. „Turandot” – Joan Sutherland, Luciano Pavarotti, Nicolai Ghiaurov, Tom Krause, Sir Peter Pears, dyr. Zubin Mehta (Decca 1973),
  2. „Lukrecja Borgia” – Alfredo Kraus, Shirley Verrett, Ezio Flagello, dyr. Jonel Perlea (RCA/Sony, 1965),
  3. „Norma” – Josephine Veasey, Jon Vickers, Augusto Ferrin, dyr. Giuseppe Patane (VAI, 1974),
  4. „Purytanie” – Alfredo Kraus, Matteo Manuguerra, Augusto Ferrin, Julia Hamari, dyr. Ricardo Muti (EMI 1981),
  5. „La Traviata” – Carlo Bergonzi, Sherrill Milnes, dyr. Georges Pretre (RCA/Sony, 1967),
  6. „Adriana Lecouvreur” – Jose Carreras, Attilio D’Orazi, Fiorenza Cossotto, dyr. Gianfranco Massini (Vai, 1976),
  7. „Tosca” – Jose Carreras, Ingvar Wixell, Domenico Trimarchi, Piero de Palma, Samuel Ramey,  dyr. Sir Colin Davis (Philips, 1976).
Reklamy

Informacje o poprostuopera

Marek Błaszczak - Pasjonat opery, dobrej literatury i gier RPG. Dziwny charakter pisma i miłośnik dobrej kuchni. Wszelkie prawa zastrzeżone: kopiowanie, powielanie i przekształcanie artykułów za zgodą autora (proszę pisać maila na adres poprostuopera@gmail.com, na pewno odpowiem)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „W hołdzie la superbie – Montserrat Caballe (1933-2018)

  1. waldemar pisze:

    Witam Panie Marku , serdecznie dziękuję za ten wpis o Caballe !!! Jest bardzo sympatyczny i bardzo ciepły !!!! Szkoda że tacy wielcy artyści ostatnio gromadnie od nas odchodzą > Obejrzałem przez dziwny przypadek , koncert Caballe z Baskowem w Moskwie . Oczywiście nie było to już to zjawisko wokalne z poprzednich lat ale aura wielkiej Diwy pozostała . Na szczęście pozostały nam również cudowne nagrania , a , Pana , Panie Marku , jak zwykle , jak najserdeczniej pozdrawiam , Waldemar .

  2. waldemar pisze:

    Witam Panie Marku . serdecznie dziękuję za odpowiedż , rzeczywiście wpis o Panu Znanieckim już nie jest tak ciepły i miły !!! I wcale się nie dziwię – zna Pan moje podejście do tych cudaków którzy ubzdurali sobie że muszą poprawiać dzieła , takich Mistrzów jak , Mozart , Puccini , Rossini czy Bizet . Kompozytor tworząc muzykę pisał ją pod konkretne libretto , które związane jest z konkretną epoką i tworzy całość i często ARCYDZIEŁO !!!! Ale tym ” reżyserom ” z Bożej łaski wydaje się że mogą eksperymentować bo twórcy nie mogą się już bronić !!! Pogardzam tymi ludzmi !!!! Pozdrawiam Pana i przepraszam za ostre słowa ale ci ” Panowie ” na inne nie zasługują !!!! WALDEMAR

    • poprostuopera pisze:

      Dobry wieczór Panie Waldemarze,

      No niestety, jak już kilka razy wspominałem, żyjemy w czasach, gdzie reżyserzy są przekonani o swojej nieomylności i nie widzą przeszkód, by grzebać w dziele na wszystkie możliwe sposoby. Natomiast ludziom, którym się to nie podoba, przyklejają łatę zacofanych malkontentów, którzy nie potrafią zaakceptować, że „mamy przecież XXI wiek” (nigdy nie rozumiałem tego argumentu). Cóż, miejmy nadzieję, że ostatnie świetnie produkcje Davida McVicara (który stworzył m.in „Toscę” i „Normę” dla Metropolitan Opera) to pierwsza jaskółka powrotu do teatru muzycznego, a nie reżyserskiego.

      Serdecznie pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s