Gdy spełniają się przepowiednie – “Norma” z 1970

Z serdecznymi podziękowaniami dla Pana Przemysława Szczygielskiego.

Nie ma co się okłamywać – choć wciąż jestem młody, to mój blog zalicza się do prawdziwych weteranów, przynajmniej na polu krajowym. I jak to często bywa z tego typu formacjami, niektóre wpisy wracają na pierwszy plan w dość nieoczekiwanych okolicznościach.

Tak jest i dziś – sześć lat temu recenzowałem niezwykłą transmisję z Metropolitan Opera. Internetowe radio WCPE przygotowało wówczas dla słuchaczy spektakl z dawnych lat, czyli „Normę” z 1970, w diamentowej obsadzie (Dame Joan Sutherland, Marilyn Horne, Carlo Bergonzi, Cesare Siepi, dyr. Sir Richard Bonynge). Lista głośnych nazwisk sprostowała moim wygórowanym oczekiwaniom i spektakl otrzymał ode mnie najwyższe noty. Nawet wieszczyłem: Wątpię, by ten spektakl pojawił się na DVD (nagrywanie wideo MET rozpoczęła chyba od 1974 roku). Ale koniecznie musi pojawić się na CD! Nareszcie dojdzie jakiś konkurent między pierwszym nagraniem Sutherland, a drugą wersją Callas! Jeżeli kogoś interesuje recenzja „na gorąco”, to możecie poczytać o niej tu: https://poprostuopera.wordpress.com/2012/01/15/norma-czyli-spodziewany-zachwyt/ .

Oczywiście, trochę czasu minęło i w międzyczasie poszerzyłem nieco swe muzyczne horyzonty. Już w roku następnym przybliżyłem Czytelnikom dyskografię „Normy”. Jakiś czas później operową publiczność zalała fala nowych „Norm” przeciętnych lub (częściej) gorszych, ale w końcu za rolę wzięła się Sondra Radvanovsky, dając nam wreszcie porządną Normę. O ile mi wiadomo, kilka innych obiecujących śpiewaczek wciąż próbuje sił z arcytrudną rolą Belliniego, tak więc możemy oczekiwać kolejnych zadowalających Norm. Kto wie – może już są, tylko ja ich nie przesłuchałem?

Dlaczego właśnie teraz wracam do tego tematu? Przed Bożym Narodzeniem otrzymałem e-maila od Pana Przemysława Szczygielskiego, że „Norma” z 1970 roku była wydana na CD! Z niekłamaną radością, ale i z lekką obawą (czy aby się nie rozczaruję po tych wszystkich latach), zasiadłem do nagrania.

Jak powszechnie wiadomo, do roli Normy było wiele śpiewaczek wybranych, zaś niewiele powołanych. W drugiej połowie XX wieku, Sutherland znajdowała się bez wątpienia w tej drugiej, elitarnej kategorii. Podobnie jak Callas i Caballe, i ona zostawiła więcej niż jedno nagranie. Pierwsza wersja (z Horne, Alexandrem, Crossem) to jedna z jej najpiękniejszych płyt (nawet jeśli bas nie prezentował wysokiej formy, a i Bonynge’owi zdarzyło się kilka wpadek) powstała w 1964 roku. Do dziś Dekka wznawia tę wersję chętnie i często. Sutherland nagrała „Normę” jeszcze raz w latach 80-tych, w bardzo modnej, powiedziałbym wręcz mainstreamowej obsadzie (z Pavarottim, Caballe i Rameyem), jednak efekt końcowy prezentuje się o wiele gorzej.

Jej Norma z 1970 nie ma już może tej lekkości i niewinności co w pierwszym nagraniu, jednak głos pozostał w absolutnie szczytowej formie (pamiętajmy, że za rok-dwa Sutherland przepuści szturm na studio nagraniowe, nagrywając kilka swoich najlepszych płyt!). Oczywiście nieco cięższa wokalnie Norma w wykonaniu Sutherland wcale nie oznacza, że śpiewaczka nie jest w stanie sprostać technicznej stronie roli, czy brzmi zbyt dojrzale. Jej Norma jest teraz bardziej doświadczoną życiowo kobietą, pełniącą więcej funkcji społecznych (nawet jeśli potajemnie), starającą się sprostać każdej z nich – jest kapłanką, matką, kochanką i przyjaciółką. Dzięki temu jej frustracja nie wynika nie tylko ze zranionych uczuć, ale też tego, że cały jej z trudem uporządkowany świat zaczął się sypać (co pięknie kwituje wysokie D na końcu Perfido!…Vanne si, mi lascia). Śpiewaczka jest tu w połowie drogi pomiędzy angielską precyzją i dbałością o piękno dźwięku, a południowym nerwem dramaturgicznym. I nie będę ukrywał, że takie podejście bardzo mi się podoba.

Marilyn Horne rzadko kiedy zawodzi i tak jest tym razem – wielki, masywny, wysoki mezzosopran od dziewięciu lat śpiewał u boku Sutherland, a od siedmiu panie występowały razem w „Normie”. Efekty tej współpracy słychać w spektaklu, bowiem panie doskonale się rozumieją, a ich wspólne sceny elektryzują nie tylko wokalnym mistrzostwem, ale i dramaturgicznym napięciem. Marilyn była jedną z największych Adalgiz XX wieku, a ten spektakl tylko to potwierdza.

Carlo Bergonzi bierze się za bardzo nietypowy dla siebie repertuar. Słynny tenor verdiowski poza dziełami mistrza z Buseto, chętnie śpiewał opery werystyczne, występował w najsłynniejszych dziełach francuskich („Faust”, „Carmen”, „Werter”) i był doskonałym Nemorinem w „Napoju miłosnym”. Jednak rzadko sięgał po tak dawny repertuar. Co więcej, Poloniusz (Pollione) był dla niego całkowicie nową rolą (pierwszy raz zaśpiewał go na miesiąc przed tym nagraniem). I przyznać trzeba, że czuć lekką siłowość w najdłuższych liniach wokalnych, mimo to brzmi znakomicie, góra prezentuje się niezwykle świeżo, a i aktorsko tenor udźwignął tę skomplikowaną postać. Wielki tenor brzmi przy tym zaskakująco dramatycznie – w 2012 roku pisałem, że przypomina mi młodego Corelliego i podtrzymuję ten osąd. W każdym razie, jak na niego to zupełnie inna, ale fascynująca rola.

Cesare Siepi był już co prawda bliżej końca niż początku swojej kariery, ale akurat Oroveso to jedna z tych ról, które śpiewał najdłużej (grał go w swoim ostatnim spektaklu, czyli w 1994) i to się słyszy. Nawet jeśli głos nie jest tak świeży jak na początku kariery, to intensywności i technicznego mistrzostwa śpiewakowi odmówić nie można. To wstrząsająca, mocna kreacja.

Sir Richard Bonynge nigdy nie był moim ulubionym dyrygentem w operach Belliniego, poza tym, mam wrażenie, że zazwyczaj lepiej nagrywał w studiu niż na żywo. Na szczęście tym razem było o wiele lepiej – orkiestra grała surowo, rustykalnie, ale jeszcze na tyle elegancko i precyzyjnie, byśmy mogli w pełni rozkoszować się niekończącymi się melodiami typowymi dla wczesnego belcanta. Orkiestra gra przy tym zadziwiająco ciepłym dźwiękiem, bardzo nietypowym dla anglojęzycznych zespołów. Do tego soliści śpiewali w pełnym komforcie, a nie najgorsza jakość dźwięku pozwala docenić jakość orkiestry. Może nie jest to spektakl natchniony, ale bez wątpienia Bonyngowi wieczór się udał.

Czy nagranie ma jakieś słabości? Cóż, na pewno gdzieniegdzie słychać pokasływania, co z pewnością się nie spodoba niektórym słuchaczom. Mi to za bardzo nie przeszkadza, zwłaszcza, że jakość dźwięku prezentuje się nadzwyczaj dobrze. Bonynge w jednym miejscu przesadził z tempami i, niestety, jest to najpiękniejsza stronica partytury, czyli Casta diva – tu jest zdecydowanie za szybko. W duecie Normy i Polione primadonna zdecydowała się pominąć stratosferyczne wysokie E w In Mia Ma Alfin Tu Sei.

Być może trochę się czepiam, ale staram się zweryfikować, czy to nagranie może stawać w szranki z najlepszymi osiągnięciami Callas, pierwszym nagraniem Sutherland lub wersją na DVD z Caballe. Moim zdaniem – jak najbardziej może. Czy jest od nich lepsze? Tu odpowiedź jest trudniejsza. Podobnie jak ze spektaklem Caballe w Orange, i ta wersja rządzi się prawami nagrania na żywo. Dla niektórych będzie to koronny argument na „nie”. Dla mnie to nagranie stoi obok wersji Callas z 1955 i Sutherland z 1964, stanowiąc niejako pomost pomiędzy pełnokrwistym teatrem diwy stulecia i angielskim, niemalże klasycystycznym dziełem słowika z Sydney.

Informacje o poprostuopera

Marek Błaszczak - Pasjonat opery, dobrej literatury i gier RPG. Dziwny charakter pisma i miłośnik dobrej kuchni. Wszelkie prawa zastrzeżone: kopiowanie, powielanie i przekształcanie artykułów za zgodą autora (proszę pisać maila na adres poprostuopera@gmail.com, na pewno odpowiem)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Gdy spełniają się przepowiednie – “Norma” z 1970

  1. Przemysław Szczygielski pisze:

    Dziękuję Panu bardzo za wpis i serdecznie pozdrawiam 🙂

  2. 39079288 pisze:

    Muszę przyznać, że nie przepadam za Horne, zwłaszcza w roli Adalgisy. Jej głos jest zbyt ściśnięty. Lubię za to Sutherland – jest bardzo hieratyczna, bardziej kapłanka niż kochanka i matka.
    A co do współczesnych Norm, słyszał Pan może Saioę Hernandez? Co prawda znam ją tylko z internetu, ale wyróżnia się na tle swoich koleżanek głosem odpowiednio podpartym we wszystkich rejestrach i (zwłaszcza) bardzo silnym dołem. Radvanovsky ma piękny głos, ale jak dla mnie dość nieprecyzyjnie wykonuje ozdobniki i nie czuje się dobrze w dole (dlatego też wolę ją w Verdim i weryzmie, niż w trzech królowych Donizettiego).

    • poprostuopera pisze:

      Bardzo dziękuję za rekomendację. Przyznam, że nie słyszałem wcześniej o Saioi Hernandez, a wrażenie zrobiła na mnie spore – ktoś ładnie napisał, że brzmi jak skrzyżowanie głosu Caballe i Berganzy: z jednej strony czysty sopran o mocnej średnicy, z drugiej – posiada ciepło i niemalże mezzosopranowe przyciemnienie głosu (faktycznie, dół lepszy niż u Radvanovsky). Szkoda tylko, że nagrania są raczej pół-pirackie, więc całej roli w dobrej jakości dźwięku i obrazu nie znajdziemy. Chociaż, nagrania na które natrafiłem są z 2016, więc jeszcze wszystko przed śpiewaczką.

      Pozdrawiam!

      • 39079288 pisze:

        Mam nadzieję, że jej kariera jeszcze się rozwinie (w tym sezonie śpiewała Odabellę w La Scali) i będzie można posłuchać jej w lepszej jakości.

        Pozdrowienia!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s