Hilde Zadek, 100-letnia Donna Anna

Spieszę donieść, że 15 grudnia 2017  niezbyt znana, acz wysoko ceniona wśród krytyków niemiecka primadonna, Hilde Zadek skończyła równe 100 lat. Śpiewaczka, nauczycielka i inicjatorka konkursu wokalnego swojego imienia. Co wiemy o tej nie najsłynniejszej primadonnie?

Dama z Bydgoszczy:

Urodziła się w jednej ze stolic województwa Kujawsko-Pomorskiego, w rodzinie niemieckich Żydów. Wraz z zakończeniem wojny, jej rodzina zdecydowała się przenieść do Niemiec, czyli przeprowadzili się do… Szczecina. Ostatecznie w wieku czternastu lat wyjechała z rodzicami do Palestyny i tam została aż do wczesnej młodości. Po zakończeniu II wojny światowej wróciła do Europy (konkretnie – do Zurychu), gdzie uczyła się pod czujnym okiem Rii Ginster.

Późny debiut, krótka kariera:

Co prawda zadebiutowała bardzo późno (w wieku 30 lat), za to trafił się jej nie byle jaki teatr i nie byle jaka rola- była Aidą w Wiener Staatsoper. Została przyjęta niezwykle życzliwie, a wiedeńska scena regularnie zapraszała ją na występy przez najbliższe dwadzieścia lat. Rok później po raz pierwszy zaśpiewała na festiwalu w Salzburgu, a w 1950 wystąpiła w Operze w Berlinie.

Dalej poszło już łatwo – Metropolitan Opera (debiut w 1952), Paryż, La Scala, ROH Covent Garden, San Francisco, Teatr Colon w Buenos Aires… Jednak pozostała wierna wiedeńskiej publiczności. Po przekroczeniu pięćdziesiątki skupiła się na prowadzeniu warsztatów, a wokalną karierę zakończyła w 1971.

Niemieckie lirico-spinto:

Zadek nie dysponowała przesadnie rozległym repertuarem: Wagner, Strauss, Orff, kilku współczesnych kompozytorów. Wśród jej najbardziej znanych ról nieśpiewanych po niemiecku należy wymienić… włoskie opery Mozarta, z wybitną kreacją Donny Anny na czele:

Dysponowała głosem do którego raczej nie dodałbym określenia „wielkiej urody”, natomiast był on bardzo silny, sprawny technicznie, przyjemnie ciemny i nieco „cierpki” (nie ma w nim jednak nic nieprzyjemnego, powiedziałbym, że przywodzi raczej na myśl mocno taniczne wino). Należałoby ją za primadonnę w starym stylu, jednak jej kreacje dalekie były od muzealnej archaiczności.

Udało jej się uniknąć pułapki niejednej śpiewaczki, zachowując pełnię głosu, mimo większej niż zwykle emocjonalności. To coś czego akurat nie cierpię u wielu mozartowsko-straussowskich sopranów – albo przesadzają z emocjonalną naturą swoich postaci, albo tak bardzo skupiają się na urodzie dźwięku, że zabijają kreowaną bohaterkę (np. hrabina z „Wesela Figara” może być jedną z ciekawszych albo najnudniejszą rolą wieczoru).

Zostawiła bardzo skromną dyskografię, ale prezentowane w niej interpretacje dowodzą, że wpisuje w poczet licznych niesłusznie zapomnianych śpiewaczek złotej ery.

Pozostaje życzyć jej wszystkiego co najlepsze i kolejnych spokojnych 100 lat !

Dyskografia:

  1. „Don Giovanni” – George London, Walter Berry, Sena Jurinac, Eberhard Watcher, Graziella Sciutti, Leopold Simoneau, Ludwig Weber, Wiener Kommerchor, Filharmonicy Wiedeńscy, dyr. Rudolf Moralt (Decca, 1955),
  2. „Elektra” – Inge Borkh, Elisabeth Hongen, Orchestra Sinfonica di Roma della RAI, Fernando Previtali (Myto, 1957), 
  3. „Ariadna na Naxos” – Ilse Hollweg, Maureen Springer, Peter Anders, Royal Philharmonic Orchestra (informacja o chórze nie zamieszczona, prawdopodobnie chór Opery w Edynburgu lub Chór Festiwalu w Edynburgu), dyr. Sir Thomas Beecham (Melodram, 1950),
  4. „Antygona” – Res Fischer, Hermann Uhde, Maria von Illosvay, Chór Wiedeńskiej Opery Państwowej, Filharmonicy Wiedeńscy, dyr. Ferenc Friscay (Stradivarius, 1949),
  5. „Zakaz miłości” – Heinz Imdahl, Ernst Salzer, Anton Dermota, Kurt Equiluz, Willy Friedrich, Austrian Rundfunk Chor and Orchester, dyr. Robert Heger (Melodram, 1962).
Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

„Wielka gra” – jak to wygląda z perspektywy miłośnika opery?

„Wielka gra” to jeden z najpopularniejszych teleturniejów w dziejach naszej poczciwej telewizji. Choć nie jest już emitowany od ponad 10 lat, wiele osób wspomina go z sentymentem, mówiąc o, to była rozrywka na poziomie, nie to co teraz… Ostatnio nawet niektóre odcinki są emitowane na kanale TVP Historia, co uświadomiło mi, że programy mojego wczesnego dzieciństwa są już traktowane jako relikty zamierzchłej przeszłości…

Wielu uważa, że był to znakomity teleturniej, który w dzisiejszych czasach działałby równie doskonale. Obejrzałem kilka odcinków (na szczęście udało mi się znaleźć parę operowych epizodów) i nie będę ukrywał, mam dość mieszane uczucia. Bez wątpienia był to bardzo wartościowy program, jednak odnoszę wrażenie, że nostalgia i sentyment skutecznie zamazały wszelkie niedociągnięcia.

Na początek kilka objaśnień. W „Wielkiej grze” dwóch znawców-amatorów (nie mogli posiadać odpowiedniego wykształcenia ani zarabiać na życie dzięki danej tematyce) pojedynkowało się z danej dziedziny. Na początku odpowiadali na 20 pytań (mogli pomylić się tylko raz), później na 9 pytań ekspertów (min. 7 poprawnych odpowiedzi), aż w końcu pojawiały się 2 razy po 2 „trudniejsze” pytania i „najtrudniejsze” pytanie finałowe.

Teleturniej nie wprowadzał rywalizacji – jeśli obie osoby przeszły pierwszy etap, przyjeżdżały jeszcze raz do studia i ponownie przechodziły przez 20 pytań. Jeśli ponownie nie pomyliły się więcej niż raz, po prostu przechodziły razem do dalszych etapów bez żadnego dzielenia nagrody na pół.

W III RP teleturniej nie serwował specjalnie wysokich stawek (ciężko mi przeliczyć wartość pieniądza za komuny, a później inflację z początku lat 90-tych), w ostatniej serii były to już pokaźniejsze pieniądze: 5000 PLN za przejście etapu z ekspertami, 10 000 za pierwsze trudniejsze dwa pytania, 20 000 PLN za drugie trudniejsze pytania. Przed finałem można było się wycofać i zachować nagrodę albo zaryzykować – za odpowiedź na najtrudniejsze pytanie dostawało się 40 000 PLN. Warto dodać, że wszystkie kwoty przyznawano brutto, a więc trzeba było jeszcze odliczyć podatek od wygranej.

Ponieważ tylko z tematyki operowej udawało mi się odpowiedzieć na większość pytań (np. z Pucciniego doszedłem do półfinału, a w Operach komicznych dotarłem do półfinału i bym go przeszedł, ale uczestnik odpadł), postanowiłem ocenić program pod kątem tej kategorii.

Dlaczego teleturniej tak dobrze funkcjonował?

Przede wszystkim, nawet jeśli polskie teleturnieje z dawnych lat miewały dziwne formuły (słynne „odpowiedź w formie pytania” ze świetnego „Va banque’u”) i nie zawsze wyglądały atrakcyjnie wizualnie (koszmarna czołówka ciekawego teleturnieju „Miliard w rozumie”), to wciąż ich podstawowym elementem była wiedza. W dodatku musieli ją zaprezentować prości zjadacze chleba z najodleglejszych stron kraju. A widzom o wiele łatwiej solidaryzować się z uczestnikiem, który walczy z trudnym pytaniem, niż z celebrytą, który ma skoczyć do wody, zaśpiewać lub zatańczyć. A „Wielka gra” jeszcze skuteczniej budowała więzi z uczestnikami, bowiem musieli oni przejść przez trudne eliminacje i odpowiedzieć na aż 26 pytań (na 29!) zanim cokolwiek wygrają. Za takich ludzi o wiele chętniej trzymamy kciuki.

Kolejnym argumentem mocno przemawiającym za „Wielką grą” jest jej bardzo wąska specjalizacja, świetna dla maniaków – pytania bywały dziwne, bywały nieproporcjonalnie trudne (tj. najtrudniejsze pytanie finałowe często bywało dużo łatwiejsze od pytań z pierwszego etapu), ale nie można im odmówić, że faktycznie dotyczyły danej dziedziny. Co prawda przewijałem tematy, które mnie kompletnie nie interesowały, ale jeśli pojawiło się coś o oprze, to skrupulatnie notowałem wszystkie swoje odpowiedzi.

I przede wszystkim „Wielka gra” powielała zasadę z Kabaretu Starszych Panów – wszyscy musieli być grzeczni i profesjonalni. Stanisława Ryster wspominała, że jednym z większych problemów organizacyjnych było przekonanie uczestników by przychodzili w garniturach i pod krawatem – ale opłaciło się. „Wielka gra” zyskała status programu kulturalnego, wręcz misyjnego, gdzie nie dało się uświadczyć ani potocznego języka, ani awantur (choć spory były, ale o tym później).

Coś tu jednak zgrzyta…

Dobrze, wszystko prezentuje się bardzo elegancko, profesjonalnie, jakbyśmy cofnęli się do pierwszych lat telewizji na zachodzie (w dobrym znaczeniu tego słowa). Nie mogę jednak nie zauważyć kilku oczywistych wad.

Pierwszą z nich był problem z organizacją programu, a ściślej mówiąc – z kontrolą czasu. Co tydzień prezentowano trzy tematy i jeśli poszczególne części się przedłużały, odpuszczano część trzecią (czasem i drugą). Jeżeli wierzyć filmom załączonym w internecie (a nikt nie zgłosił żadnych nieprawidłowości), to po zakończeniu odcinka, kolejną część odkładano na nieokreślone „później”. I tego właśnie nie rozumiem – skoro program i tak nie był transmitowany na żywo, to dlaczego nie nagrano całego odcinka, a następnej części nie puszczano na początku kolejnego epizodu? Poszukiwania brakującego wątku trwają sporo, a w trakcie emisji musiały wywoływać niezłe frustracje (w stylu Kiedy wreszcie do tego wrócą?!).

Pytania i odpowiedzi nie zawsze były trafne, co zaskakuje, zważywszy na ilość ekspertów. Przytoczę choćby pytanie z Pucciniego (luźny cytat):

Ekspert – Proszę nam powiedzieć (…) jakim głosem śpiewa Ping?

Uczestnik – Tę partię wykonują zarówno barytony, jak i basy.

W tym momencie uznałem, że odpowiedź jest w oczywisty sposób poprawna. Eksperta jednak to nie zadowoliło.

Ekspert – Ale proszę pana, ta rola była pisana dla konkretnego głosu. Proszę powiedzieć, jakiego.

Uczestnik – To był bas.

Ekspert – Tak, dobra odpowiedź.

Zastanawiają mnie dwie rzeczy:

a) po pierwsze – co by zrobił ekspert, gdyby uczestnik odpowiedział Rola została przeznaczona dla bas-barytonu?

b) po drugie – jakby to wyglądało, gdyby uczestnik odpowiedział źle, a potem zaskarżył odpowiedź? Przecież jest cała masa ról, którą wykonują śpiewacy i śpiewaczki z wokalnego „pogranicza”. Co z licznymi Santuzzami, Carmen, Lady Makbet?

Pójdźmy dalej – co z takim Figarem z „Wesela Figara”? Przecież tę partię śpiewał na prapremierze Stefano Mandini, solista wykonujący repertuar tenorowy, choć rolę napisano z myślą o barytonach, a wśród największych wykonawców tej roli znajdziemy cały katalog basów!

Do czego piję? Parafrazując Pratchetta, eksperci w „Wielkiej grze” bywali niczym mityczne istoty zza światów lub profesorowie filozofii – jeśli nie udzieliło się absolutnie precyzyjnej, dokładnej odpowiedzi, to człowiek nie miał co liczyć na jakąkolwiek współpracę.

Inne pytanie, które odpaliło w mojej głowie czerwoną lampkę:

Ekspert – Niech pan poda dwie słynne opery, w których pojawia się bohater o imieniu Ramiro.

Uczestnik – Książę Ramiro z „Kopciuszka” i Ramiro w „Godzinie hiszpańskiej”

Ekspert – Tak, poprawna odpowiedź.

O ile samo pytanie rozwiązano bez zbędnych dopowiedzeń, o tyle sytuacja mogła pójść o wiele innym torem. Pamiętałem Don Ramira z „Kopciuszka”, ale nie skojarzyłem bohatera z opery Ravela. Natomiast wiedziałem, że jest jeszcze Don Ramiro z… „Kopciuszka” – tyle, że Nicolasa Isouarda. Gdyby ktoś zarzucił mi, że chodziło mi o sławne opery, odpowiedziałbym „Ależ on jest sławna, w niejednym muzykologicznym opracowaniu możemy znaleźć informację, że libretto posłużyło za bazę tekstu Ferrettiego do słynnej opery Rossiniego”. W końcu „sławny” nie jest równoznaczny z „często wystawiany”, prawda?

I tu przechodzimy do kolejnego problemu – Panowie eksperci zdecydowanie zbyt często używali określeń „słynny”, „znany”, „uznany”, domagając się w domyśle konkretnych przykładów. Niestety, są to bardzo subiektywne określenia i każdy może je inaczej interpretować.

A skoro już o subiektywizmie mowa – nie wiem, czy jako jedyny mam taki problem, ale czy mi się zdaje, czy pytania finałowe są często dużo łatwiejsze od tych z pierwszego etapu? Na przykład – W życiu i twórczości Donizettiego, na wcześniejszych etapach gry padają pytania o życie osobiste kompozytora, o jego jednoaktówki, za to w finale pada pytanie W której operze tenor ma do zaśpiewania 9 wysokich c? To trochę jakby dać finałowe pytanie z Verdiego Z jakiej opery pochodzi aria La donna e mobile.

Kolos dawnej epoki

„Wielka gra” w dokładnie takiej samej formie nie miałaby dziś racji bytu. Dlaczego? Ponieważ układając do niego pytania, opracowując formułę, nikt nie uwzględnił wszechwładnego źródła wiedzy jakim jest internet. Nie widzę możliwości prowadzenia programu, gdzie informacje bywają łatwo dostępne, sprzeczne, a często i źle tłumaczone. Lista ponownych występów po złożeniu skarg na dane odpowiedzi zatopiłaby tempo serii. No chyba, że twórcy poszliby w kierunku pytań precyzyjnych i obiektywnych, ewentualnie uprzedzono by uczestników o eliminacji internetu jako potencjalnej przyczyny zażalenia.

Oczywiście cały ten wpis jest dywagacją nad trupem, bowiem „Wielka gra” nigdy nie wróciła na antenę. W sumie szkoda, bo pomimo kilku mankamentów, był to bardzo udany teleturniej, który punktował wiedzę, promował kulturę i wspomagał widzów poszukującym rozrywek stymulujących pracę mózgu.

Opublikowano Uncategorized | 4 Komentarze

400 wpisów, czyli temat jakiego nie było

Napisałem już 400 wpisów. W ciągu tych 7 lat zaliczyłem studia, darmowe praktyki zagraniczne praktyki, płatne praktyki (teraz podobno studenci mają łatwiej, przynajmniej ci we Wrocławiu), licencjat, magistra, zdałem kilka mniej lub bardziej prestiżowych kursów, znalazłem pierwszą pracę, potem drugą, odbyłem niesamowitą podróż do Japonii i wiele, wiele innych. Na szczęście pomiędzy tym wszystkim znalazłem czas na przesłuchanie morza płyt, analizę dziesiątek dzieł i napisanie niejednej biografii.

Z tego miejsca jak zawsze chciałbym podziękować wszystkim Czytelnikom, bo dzięki ich komentarzom i życzliwym słowom, ciągle mam dość sił i inspiracji do dalszego pisania.

Szukając materiału na jubileuszowy wpis, natrafiłem na kilka notatek dotyczących nigdy niepowstałych wpisów. Przypomniałem też sobie o kilku komentarzach z cyklu „czy możesz zająć się operą… ” lub „czy dałoby radę napisać o …” . Pomyślałem więc, że mógłbym dziś opowiedzieć o tych zapomnianych, zaginionych i odtrąconych wpisach. Część z nich zapewne powstanie, niektóre będą musiały poczekać, a inne nigdy tu nie trafią. Postaram się załączyć przy każdym komentarzu prawdopodobieństwo napisania recenzji.

  1. Podstawa, czyli opery:

Na moim blogu można natrafić zarówno na wielkie hity („Rigoletto”, „Cyrulik sewilski”, „Turandot”), trafiały się też mniej znane dzieła („Mignon”, „Sprzedana narzeczona”, „Bank Ban”), jak i te prawie w ogóle nie wystawiane („Wyrocznia”, „Wenus i Adonis”, „La tabernera del puerto”). O ile te ostatnie tworzą kategorię z niemalże nieskończonym zbiorem, o tyle brak wielu popularniejszych dzieł wymaga komentarza.

a) jedną z moich ulubionych oper jest „Bal maskowy” – znakomita, wewnętrznie spójna opera Verdiego to jedna z najlepszych hybryd francusko-włoskiego romantyzmu, gdzie sceny komiczne krzyżują się z tragedią. W kategorii wielkie dzieła włoskie z mocno francuskimi wpływami  „Bal maskowy” wygrywa u mnie nawet z „Don Carlosem”.

Nie miałbym problemu z samą analizą – jest kilka niuansów, które zawsze mnie fascynowały, bohaterowie (zwłaszcza Ryszard/Gustaw) zostali świetnie napisani, nawet mniejsze role mają pole do popisu.

Niestety, wciąż nie rozwiązałem problemu z dyskografią: w mojej opinii „Bal maskowy”  dysponuje szeregiem bardzo dobrych nagrań, natomiast nie natrafiłem jeszcze na żadne wybitne. O ile mógłbym śmiało sypnąć 5-6 płytami ocenionymi gdzieś w granicach 8-9/10, o tyle jeszcze nie znalazłem swojego pierwszego wyboru, który mógłbym polecić z czystym sercem jako pierwszą rekomendację.

Czy będzie wpis? – Raczej tak. W końcu z „Aidą” mi się udało, z „Weselem Figara” mi się udało, to i „Bal maskowy” musi mieć to wybitne nagranie. Oczywiście nawet jego brak nie wadzi w stworzeniu wpisu, ale chciałbym jeszcze trochę pomyszkować.

b) kolejny pomijany przeze mnie punkt to opery Mozarta. Owszem, była „Zaide”, napisałem długi i wyczerpujący wpis o dyskografii „Wesela Figara”, ale poza tym – cisza.

I choć nie jestem fanem ani „Uprowadzenia z Seraju”, ani „Tak czynią wszystkie”, ani „Idomenea”, to planowałem napisać co nieco o „Don Giovannim” i „Czarodziejskim flecie”.

W przypadku analizy „Don Giovanniego”, odpadłem po kilku lekturach – zrozumiałem, że aby napisać o nim coś rzetelnego i świeżego, muszę najpierw przekopać się przez stos książek, przesłuchać minimum z 30 nagrań i nabrać jeszcze sporo życiowego doświadczenia. To świetny projekt na wpis, ale za 10, może 20 lat. Analiza „Czarodziejskiego fletu” to temat dość frapujący, bo jeśli napiszę o symbolice i niuansach psychologicznych, to część Czytelników powie, że szukam głębi tam gdzie jej nie ma. A jeśli napiszę, że to prosty wodewil ku uciesze widowni, to oberwie mi się od pierwszej strony sporu.

Czy będzie wpis? – „Czarodziejski flet” ma dość spore szanse, tym bardziej, że widzę tam bardzo obiecującą „Bitwę na nagrania” (to mój ulubiony cykl). Z „Don Giovannim” może być trudniej. Oczywiście, pomysł napisania samej dyskografii jest kuszący, ale lista potencjalnie wartościowych płyt obejmuje kilkadziesiąt tytułów, a z wolnym czasem coraz trudniej…

c) osobną kategorią są opery, które na pewno się pojawią, tylko po prostu zawsze znajdywałem inny temat. Wymieńmy choćby „Manon Lescaut”, „Makbeta”, „Il giuramento”, „Semiramidę”, „Lakme”, „Poławiaczy pereł”, czy „Hamleta” (mam wrażenie, że trochę zaniedbałem repertuar francuski).

Czy będzie wpis? – bez wątpienia. Pytanie tylko kiedy.

d) jeszcze inną kategorią są dzieła, do których jak sądzę, jeszcze muzycznie nie dojrzałem. Długie, dostojne, o złożonej fabule i niezbyt „chwytliwej” muzyce. Oczywiście w tej kategorii dominuje Wagner i Strauss, ale bez wątpienia można do tego koszyka wrzucić większość oper współczesnych, dzieła Janacka, czy opery rosyjskie z początku XX wieku.

Czy będzie wpis? – zależy jak szybko się „przełamię”. W końcu już był „Tannhauser”, „Miłowanie z daleka”, czy „Mozart i Salieri”, inne dzieła są kwestią czasu. Choć raczej nie będą omawiane w najbliższej przyszłości.

e) ostatnią kategorią są opery, których zwyczajnie nie lubię i bardzo rzadko do nich wracam. Oczywiście część z nich łączy się z poprzednią kategorią (dalej nie rozumiem fenomenu Janacka, ale zaufam muzycznej społeczności), ale są też dzieła bez łatki „złożone arcydzieła” za którymi nie przepadam, choćby „Samson i Dalila”, „Manon”, „Werther” (nie lubię Masseneta, poza „Don Kichotem”), „Wesołe kumoszki z Windsoru”, „Marta”, „Turek we Włoszech”, „Wilhelm Tell”, „Podróż na księżyc” (Paisiella), nasza „Halka”, „Koronacja Poppei”,czy wszystkie dzieła Meyerbeera.

Czy będzie wpis? – raczej nie planuję, choć oczywiście istnieje szansa, że do tego, czy innego dzieła się przekonam.

Oczywiście lista oper pominiętych na moim blogu jest długa i szeroka, ale mam nadzieję, że powyższe wyjaśnienia zawierają co ważniejsze pozycje.

  1. Biografie i recenzje – dlaczego tak, a nie inaczej?

Jeśli chodzi o recenzje poszczególnych spektakli lub biografie wielkich artystów, najczęściej pojawiają się dwa pytania:

– dlaczego zrezygnowałem z pisania corocznych memoriałów?

– dlaczego większość recenzji spektakli dotyczy Metropolitan Opera, skoro np. ROH Covent Garden czy Wiedeń robią równie udane przedstawienia?

Odpowiadam na pytanie pierwsze – nie mam na tym blogu bardziej przygnębiających wpisów niż memoriały, a roczne zestawienie było mroczną perłą w koronie. Być może to potrzebne wpisy, ale kosztowały mnie za dużo zdrowia.

Z Metropolitan Opera sytuacja może się trochę zmienić. Główną przyczyną faworyzowania MET jest odwieczny dostęp do transmisji – nie tylko wideo, ale też (czy nawet „przede wszystkim”) darmowych spektakli radiowych, regularnie puszczanych przez radio WCPE. Na tych spektaklach się wychowałem, były moim pierwszym kontaktem z niejedną operą, łączą się z nimi piękne wspomnienia (np. świetny „Cyrulik sewilski” z Florezem, Matteim, del Carlo, Damrau i Rameyem, dyr. Maurizio Benini; „Łucja z Lammermooru”, później wydana na DVD przez DG, „Pierwszy cesarz” z Placido Domingo). Zatem spektakle z MET wygrywają nie tylko dzięki często wysokiemu poziomowi artystycznemu, ale też i z pobudek czysto sentymentalnych. Ale muszę przyznać, że Royal Opera House coraz chętniej dostarcza nam transmisji (nawet na youtubie!), a inne teatry europejskie coraz wyraźniej nadrabiają zaległości. Tak więc monopol nowojorskiej sceny może nieco stracić.

Szczerze mówiąc, bardzo chciałbym kontynuować tworzenie nagrywanych recenzji. Niestety, kwestie techniczne przerastają moje skromne umiejętności, a sam wordpress nie ma wystarczająco przyjaznych narzędzi. Może coś się jeszcze uda – w każdym razie będę jeszcze próbował.

  1. A co poza operą?

Nie wiem, czy jestem jedynym operowym blogerem z takimi problemami, ale stosunkowo często nawiedza mnie pokusa, by napisać o czymś co nie jest związane z tematyką bloga. Jak na razie udało mi się uniknąć tej pułapki, choć przyznam, że drobne ucieczki w serii „opera na szklanym ekranie” czy pozycje primaaprillisowe stanowią bardzo miłą odskocznię. To tam spływają niektóre niewykorzystane pomysły, to tam mogę opowiedzieć o swoich żalach, pasjach (innych niż opera) i radościach. To wreszcie tam mam możliwość napisania czegoś absolutnie świeżego, o co nikt mnie nie podejrzewał (choćby ile osób spodziewało się wpisu o anime?).

Tego typu wpisy były i pozostaną marginalną strony mojego bloga, choć nie ukrywam, że w trudniejszych okresach mojej pracy mogą pojawiać się częściej.

Przyszłość:

Choć minęło już tyle czasu, choć przechodziłem niejeden kryzys pisarski, blog wciąż funkcjonuje i mam nadzieję, że będzie funkcjonował. Rewolucji raczej nie będzie, ale zawsze staram się wprowadzić taką, a nie inną zmianę. Dzięki temu jeszcze nie zwariowałem.

Jeżeli macie jakąś sugestię, radę lub pomysł na wpis (albo jego uatrakcyjnienie techniczne), opiszcie je proszę w komentarzach. Nie mogę obiecać, że do wszystkich się dostosuję, ale obiecuję pochylić się nad każdą koncepcją.

Serdecznie pozdrawiam wszystkich Czytelników.

Marek Błaszczak

PS – akurat na jubileusz otrzymałem bardzo miłą wiadomość z wordpressa: 28 listopada był dniem w którym odwiedziła mnie rekordowa ilość Czytelników (407 wyświetleń). Bardzo dziękuję!

Opublikowano Uncategorized | 12 Komentarzy

Dmitri Hvorostovsky (1962-2017)

Listopad jest już sam w sobie przygnębiający, a informacja o śmierci jednego z najlepszych, współczesnych śpiewaków operowych tylko pogarsza sprawę.

Z niekłamanym żalem muszę poinformować, że 22 listopada, w wieku zaledwie 55 lat, zmarł wybitny rosyjski baryton Dmitri Hvorostovsky. Oddajmy hołd temu znakomitemu artyście.

Wielki konkurs:

Urodził się w Krasnojarsku, gdzie pobierał pierwsze istotne lekcje śpiewu, a także ukończył konserwatorium. Już w wieku 25 lat wygrał konkurs w Moskwie, rok później w Tuluzie, ale zdecydowanym punktem zwrotnym w jego karierze było pierwsze miejsce w bardzo wyrównanym konkursie BBC Cardiff Singer of the World Competition. Pierwsza lokata jest o tyle imponująca, że laureat drugiego miejsca zrobił nie mniejszą karierę od Hvorostovsky’iego – świetny walijski baryton, Bryn Terfel. O prestiżu konkursu niech zadecyduje fakt, że poza tę dwójką wśród laureatów znajdziemy Karitę Matillę (1983), Anję Harteros (1999), czy wschodzącą gwiazdę wśród mezzosopranów, Jamie Barton (2013).

Gdy świat padł do stóp…

Ciężko powiedzieć, że jego kariera przebiegła szybko, ona wręcz gnała niczym rasowy rumak: w tym samym roku zadebiutował w Nicei, jako Jelecki w „Damie Pikowej”, w dodatku hrabiną była sama Marta Modl, znakomita partnerka i bez wątpienia wielkie źródło muzycznej wiedzy i cennych, scenicznych rad.

W 1993 roku zadebiutował w Chicago, w 1994 – w Londynie, a rok później w Metropolitan Opera. Ta ostatnia była jedną z jego ulubionych scen, choć ostatecznie zdecydował się osiąść w Wielkiej Brytanii. Co typowe dla dawnych obywateli rosyjskich, nie zapomniał o swoim pochodzeniu i niezwykłą regularnością grał w dawnej ojczyźnie.

W obecnej sytuacji dalszy opis kariery Hvorostovsky’ego wydaje mi się bezużyteczny. Śpiewał na największych scenach operowych świata, zostawił po sobie kilka nagrań (między innymi „Szymona Boccanegrę”, dwie wersje „Eugeniusza Onegina”, nagrania pieśni Rachmaninowa, relacje z kilku koncertów – tym razem nie zostawię dyskografii, jestem pewien, że Czytelnicy znają ją nie gorzej ode mnie).

Znakomita forma wokalna, egzotyczne pochodzenie i urok osobisty (choć nie lubię komentować męskiej urody, ogólnie uważa się, że był szalenie przystojnym mężczyzną) pomogła mu szybko wejść na szczyt, ale też stać się medialną gwiazdą, człowiekiem, który wyraźnie wyróżnia się z tłumu. Hvorostovsky’ego zaliczyłbym do jednych z najważniejszych członków „barytonowej fali”, która wyszarpała od tenorów choć trochę splendoru (wśród pozostałych wspomniałbym o Terflu, Hampsonie i Keenlyside, a w późniejszych czasach: Matteim i Kwietniu).

A więc świat miał u swych stóp, był podręcznikowym przykładem historii od pucybuta do milionera, wszystko układało się jak najlepiej, gdy usłyszał diagnozę – guz mózgu. Pomimo długoletniej terapii i pozornie poprawiającego się stanu zdrowia (wrócił nawet na galę w MET, w 2017 roku), choroba okazała się nieubłagana i śpiewak opuścił nas już na zawsze.

Był dwukrotnie żonaty, zostawił po sobie czwórkę dzieci.

Głos i ocena:

Mimo kilku lekkich zawirowań formy, do końca utrzymał znakomity, mocny, bogaty głos, który określiłbym jako przyciemnione srebro (jasny, ale przy tym bardzo ciepły – trochę kojarzy mi się z ciemniejszą wersją głosu Sherrilla Milnesa). Z oczywistego deficytu rosyjskojęzycznych śpiewaków na zachodzie grał początkowo głównie rosyjski repertuar, choć bardzo szybko Verdi stał się jego wielką miłością. Pozostawił po sobie znakomite wspomnienia jako świetny Hrabia Luna, Ricardo (z „Balu Maskowego”), Germont, czy Rigoletto.

Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, przyznam, że nie zawsze mi odpowiadała jego technika podbierania głosu, trochę jakby brał wdech po bardzo długim nurkowaniu. Jednak w skali powszechnych problemów technicznych naszych czasów nie można tego nazwać inaczej niż detalem. Niektórzy krytycy narzekają też na przesadne koncentrowanie się na sobie, co być może jest prawdą w czasie koncertów, ale jakoś nie odczułem tego w trakcie spektakli.

Napisałem na tym blogu zbyt wiele memoriałów, by wiedzieć, że prawdziwe „podsumowania” typu: „to wielka strata dla świata muzyki”, czy „odszedł od nas wielki artysta”; są tak naprawdę truizmami. Od siebie przyznam, że szczególnie mocno mnie ubodła śmierć śpiewaka wcale nie zmierzającego do emerytury, ale kogoś, kto mógłby spokojnie grać przez najbliższych 15-20 lat…

 

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Dodatek do listy ulubionych śpiewaczek – współczesne soprany cz.3

Tak jak podejrzewałem, niełatwe zadanie zliczenia wszystkich interesujących/głośnych primadonn nie poszło tak perfekcyjnie jakbym tego sobie życzył. Na szczęście otrzymałem kilka merytorycznych maili i komentarzy (za które jestem bardzo wdzięczny), dzięki czemu mogę uzupełnić listę współczesnych sopranów o kilka ciekawych nazwisk.

Wagnerowska dama:

Grzebiąc w skandynawskich sopranach, jakimś cudem nigdy nie zaznajomiłem się ze szwedzką primadonną, Niną Stemme. I przyznam, że jestem nią zachwycony tak długo jak nie muszę jej nazywać „primadonną włoskiego repertuaru”. Jej Aida, Leonora, czy Minnie brzmią, delikatnie mówiąc, nie najlepiej (już prawdziwą tragedią był występ w „Turandot”, gdzie śpiewała skrajnie rozchwianym głosem). Jednak w tych wpisach staram się chwalić, skupmy się więc na tym co działa – czyli na ciężkich, germańskich operach.

Przede wszystkim – jak miło usłyszeć w tym repertuarze śpiewaczkę, która ma dosyć mocy by przetrwać całe przedstawienie na podobnym poziomie wokalnym (w Wagnerze czy Straussie to wcale nie jest takie oczywiste, zwłaszcza w dzisiejszych czasach). Jej role są też znakomicie przygotowane technicznie, tak więc nie musimy się obawiać o wokalne kompromisy, ślizganie się po partyturze, czy podejrzanie oryginalne na siłę ozdobniki (w sumie aż dziw, że przy tak perfekcyjnym przygotowaniu do cięższego, niemieckiego repertuaru nie dostrzega swoich problemów w dziełach włoskich, ale mniejsza z tym).

Na tym nie kończy się lista zalet – Stemme, choć klasyfikuje się pod typowe skandynawskie soprany w „kolorze ziemi”, nie ma problemu z giętkością głosu, spotykaną nawet w złotych czasach germańskiej opery. Jej sopran to nie tylko strumień niekończącej się energii, ale też zaskakująco ciepły i plastyczny instrument, który, mimo wieku wciąż brzmi świeżo. Może to zasługa starannego przeszkolenia? Może to ten słynny „palec Boży”? A może po prostu rozsądna decyzja, by nie szarżować z ilością spektakli w sezonie (wg wikipedii śpiewa tylko 40 razy w roku)? Co by to nie było, dzięki temu możemy rozkoszować się Wagnerem i Straussem na najwyższym poziomie:

Jeszcze jedna amerykańska diwa:

Znaczną część pierwszego wpisu poświęciłem dobrej kondycji amerykańskich sopranistek, jednak i tak zapomniałem wspomnieć o jeszcze jednej znakomitej diwie, Angeli Meade. Laureatka ponad 50 konkursów wokalnych przez dłuższy czas nie mogła przebić się na operowe salony (pamiętam jak czytałem w Muzyce21 o jej występach w MET, gdzie prawie zawsze śpiewała w drugiej serii spektakli – zwykle po Annie Netrebko). Na szczęście operowy nurt główny w końcu zwrócił na nią uwagę.

Jeżeli miałbym wskazać, co mi się najbardziej podoba w Meade to wskazałbym na jej permanentny rozwój i artystyczną pokorę. Jej pierwsze występy w okolicach 2010/11 roku, choć już imponujące wokalnie (duży, okrągły sopran lirico-spinto), obarczone były sporymi uchybieniami, szczególnie mocno przeszkadzało mi bardzo wyraźne vibrato (ktoś na youtubie złośliwie napisał, że z tego powodu nie rozróżnia normalnych linii wokalnych i tryli, bo vibrato wszystko przykryło). Szczęśliwie z roku na rok jest coraz lepiej, a amerykańska diwa odrobiła też pracę domową ze scenicznej interpretacji swoich bohaterek. I choć mam jeszcze kilka zastrzeżeń technicznych, jestem głęboko przekonany, że Meade da radę wyszlifować te drobne niedostatki.

Litwo, ojczyzno moja…

Wśród załączonych pominiętych, trafiłem też na nazwisko Ausrine Stundyte. Po przesłuchaniu kilku filmów na youtubie, zastawiałem się dlaczego nie poznałem tej znakomitej śpiewaczki wcześniej. Wszystko stało się jasne, gdy tylko przejrzałem jej grafik występów w operabase. W ciągu ostatnich 5 lat litweska primadonna śpiewała na mniej znanych scenach operowych (ani MET, ani ROH, ani La Scali, ani Wiedeń, choć zdarzało się jej śpiewać w Monachium, Lyonie, czy Zurychu), ponadto występuje przede wszystkim w repertuarze współczesnym, za którym średnio przepadam (uwaga! W przyszłym roku będzie śpiewać w Warszawie, w „Ognistym aniele” Prokofiewa!). Najlepszym dowodem jak bardzo primadonna nie weszła do głównego nurtu niech będzie fakt, że na stronie TWON-u nawet nie załączono jej zdjęcia i biografii… (przynajmniej na stan 16.11.2017) http://teatrwielki.pl/repertuar/kalendarium/2017-2018/ognisty-aniol/.

Zawsze miałem dużą słabość do głosów, które nie boją się osiągać maksymalnej ekspresji wokalnej, nawet jeśli czasami traci się przy tym na urodzie głosu. Jest to szczególnie ważne we współczesnych operach, gdzie piękno wokalne nierzadko oddaje palmę pierwszeństwa teatralnemu napięciu (muszę kiedyś coś napisać o cechach charakterystycznych współczesnej opery). Stundyte to potrafi – bywa brutalna, drapieżna, wręcz wulgarna, nigdy jednak nie przekracza granic dobrego smaku. Nie tworzy ról pod kątem „jak fajnie się będzie tego słuchało na mojej płycie The very best of… ” , jej naturalnym żywiołem jest scena.

Nie mam pojęcia jak będzie się kształtować przyszłość tej nie najmłodszej już śpiewaczki, jednak mam nadzieję, że światła operowego światka skierują się łaskawie na jej osobę.

Włosi wciąż próbują

Ostatnim przytoczonym w komentarzach nazwiskiem była Eleonora Buratto, młoda włoska primadonna, szczególnie dobrze przyjęta po wykonaniu partii Noriny w Madrycie. Śpiewaczka chętnie gra w komediach (Adina, Alicja z „Falstaffa”, Hrabina Almaviva), choć nieobca jej Liu, Micaela, czy Amelia („Szymon Boccanegra”). W 2016 zadebiutowała w MET (ponownie – Norina), a w maju tego roku zaprezentowała się w Wiedniu.

Szczerze mówiąc mam problem z wysunięciem jednoznacznej opinii. Z jednej strony to bardzo sympatyczna solistka, z pewnością pomaga jej pochodzenie (widać wyraźnie, że doskonale tekst, który śpiewa). Z drugiej strony jakoś nie czuję niczego wyjątkowego, co poruszyłoby mnie do głębi. Absolutnie nie mam nic przeciwko niej, chyba po prostu nie jest śpiewaczką w moim typie. Wolę albo trochę drapieżniejsze, bardziej wyraziste solistki, albo o jednak trochę piękniejszym, czystszym brzmieniu. Posłuchajcie, może będziecie mieli inne zdanie:

I to już koniec – dziękuję bardzo za towarzyszenie mi przez całą wędrówkę po sopranach. A już za niedługo będzie można przeczytać 400 wpis.

 

Errata:

Ta, która zachwyciła Soltiego:

Po interwencji pana Dodka, załączam jeszcze jedno nazwisko. Amerykańska primadonna czeskiego pochodzenia, Renee Fleming nie pojawiła się w żadnej części wpisu z przyczyn formalnych. To znaczy dałem wiarę doniesieniom prasowym jakoby śpiewaczka przeszła już na emeryturę. Ponieważ była to kaczka dziennikarska, mogę napisać w kilku słowach co sądzę o tej amerykańskiej solistce. Pochodząca z rodziny muzyków, rozpoczęła powolny marsz ku karierze w latach 80-tych, a od początku lat 90-tych jest już cenioną gwiazdą. W XXI zdobyła uznanie szerokiej widowni biorąc udział w nagraniu płyty z muzyką do filmu „Powrót króla”.

Repertuar śpiewaczki jest bardzo rozległy, obejmując role od baroku po współczesność i jazz. Niestety, Fleming dość często śpiewa taką samą manierą, z dość irytującym podbieraniem głosu (wspominałem już o tym parę razy). Nie zmienia to faktu, że jej głos jest instrumentem wielkiej urody (sam Solti powiedział, że w swoim usłyszał tylko jeden równie piękny głos i należał on do Tebaldi). Zdarzają się jej też bardzo dobre role, zwłaszcza w Straussie. Ponadto jest świetną Desdemoną, ale chyba jej najlepszym występem była „Thais” z MET, z Thomasem Hampsonem.

W swoim czasie na pewno wspomnę o biografii Fleming, bardzo interesującej pozycji z kilkoma świetnymi obserwacjami dot. życia śpiewaków, kondycji rynku fonograficznego i kultury w USA.

 

 

Opublikowano Uncategorized | 7 Komentarzy

Dodatek do listy ulubionych śpiewaczek – współczesne soprany cz. 2

Ostatnie odkrycie Karajana:

Przed śmiercią Herbert von Karajan zdążył jeszcze nagrać „Bal maskowy”, który przyjęto niezwykle entuzjastycznie. Śp. Janusz Łętowski, poza dyrygentem, chwalił znakomitego Placida Domingo i „sensacyjnego” Oskara – koreańską sopranistkę Sumi Yo.

Jej kariera przypomina scenariusz hollywoodzkiego filmu (bądź austriacką operetkę, co kto woli – zresztą to prawie to samo). Pochodząca z ubogiej rodziny, przyjechała do Włoch uzbrojona w ledwie 300$ i okrągłe zero znajomości. W ciągu kilku lat zaliczyła sensacyjny debiut, występowała z największymi dyrygentami (Karajan, Solti, Nagano, Gardiner) i dokonała imponującej jak na nasze czasy spuścizny nagraniowej. Nie ma się zresztą czemu dziwić: w latach 90-tych byliśmy szczególnie wygłodniali nowych gwiazd (był to jeden z najgorszych okresów w dziejach opery). Primadonna, która dysponuje ślicznym, srebrzystym głosem, rozumie złożone techniczne aspekty belcanta i może pochwalić się elegancką koloraturą, będzie w każdej epoce na wagę złota:

Bastion na północy:

Nie wiem, czy jestem jedynym melomanem szafującym takimi opiniami, ale północna Europa jest dla mnie ojczyzną wielkich głosów. Kirsten Flagstad, Birgit Nilsson, Astrid Varnay, Martii Talvela, Lauritz Melchior… – czy można by sobie wyobrazić straussowsko-wagnerowski repertuar bez tych nazwisk? Dodajmy do tego kilka innych gwiazd, niekoniecznie od ciężkiego repertuaru (Soderstrom, Bjorling, Gedda i wielu innych), a wyjdzie nam z tego niezwykle imponująca spuścizna.

Nie zmienia to faktu, że kryzys operowy nie pominął i tej krainy, tym bardziej, że to właśnie wielkie głosy są obecnie najbardziej „deficytowym towarem”. Na szczęście, podobnie jak we Włoszech, i tu znajdziemy jedną, wielką primadonnę – mówię rzecz jasna o fińskiej śpiewaczce Karicie Mattilli. Odpowiednio duży głos, ładna barwa, dobra emisja i poprawne aktorstwo. Nie jest może primadonną na miarę Nilsson i Flagstad, ale to bardzo kompetentna śpiewaczka i słuchanie jej w germańskim i współczesnym repertuarze sprawia mi zawsze przyjemność. Trochę gorzej, że równie chętnie śpiewa bohaterki rodem z weryzmu, w których moim zdaniem brakuje jej temperamentu i ciepła.

Koniec kadzenia:

No dobrze, powiedzieliśmy sobie o śpiewaczkach, które szczególnie lubię i do których mniej lub bardziej nie mam zastrzeżeń. Teraz chciałbym opowiedzieć o sopranach, które miewają swoje wzloty i upadki.

Potężny, acz nierówny układ (warszawski):

Śpiewacy pochodzący z dawnego Układu Warszawskiego jeszcze nigdy nie mieli tak ogromnej pozycji. Śpiewają na całym świecie, podbijają największe sceny, bez kompleksów wystawiają nieraz egzotyczne dzieła ze swoich ojczyzn, a ich nazwiska błyszczą na większości nowo wydanych płyt DVD.

Jednak o ile u Panów znajdę kilka znakomitych nazwisk, które zawsze biorę w ciemno, to z sopranami sytuacja wygląda inaczej.

Zacznę od najciekawszego, ale i najdziwniejszego przypadku. Rosyjsko-albańska primadonna, Inva Mula rozpoczęła karierę na początku lat 90-tych. Wielką sławę (choć niekoniecznie wśród znawców) zyskała występem w filmie „Piąty element”. Ja z kolei  zwróciłem na nią uwagę dzięki rewelacyjnej interpretacji Gildy w 2001 roku, gdzie śpiewała u boku Leo Nucciego.

Jednak z jakiegoś niewyjaśnionego powodu, śpiewaczka już od kilku dobrych lat już prawie w ogóle nie śpiewa (przynajmniej według portalu opera.base). Nie wiem, czy to z powodu kryzysu wokalnego, czy z chęci ograniczenia występów publicznych by poświęcić się rodzinie, w każdym razie – wielka szkoda, że jej wschodząca gwiazda już przygasła.

O Liudmyle Monastyrskiej zrobiło się głośno w 2011 roku, gdy zadebiutowała w Covent Garden. Od tego czasu dała kilka znakomitych występów, przede wszystkim w Verdim (Aida, Lady Makbet, Abigail, Amelia w „Szymonie…” ). Śpiewaczka ma co prawda wyraźne problemy z dykcją i nie jest największą na świecie aktorką, ale za to demonstruje ogromny głos, o ciepłej, lirycznej barwie (niektórzy nawet narzekają, że jest zbyt ładny do śpiewania Verdiego). Martwi mnie jednak jej nie najlepszy w ostatnim czasie dobór ról. Jeżeli nie wiecie o co mi chodzi, sugeruję obejrzeć jej „In questa reggia” – tu nawet nie chodzi o jakość jej występu, ile o nieustanną siłowość głosu. Choć nie mam pewności co do jej artystycznej przyszłości, miejmy nadzieję, że będzie trzymać się właściwej drogi.

Podręcznikowo nierówną śpiewaczką jest Kristina Opolais. Prawdopodobnie już do legendy przejdzie jej debiut w roli Mimi, kiedy to musiała zastąpić koleżankę dosłownie kilkanaście godzin po poprzednim występie i to bez żadnych wcześniejszych prób. Co ważniejsze – zgrabnie się obroniła. Później była świetna Manon i, nade wszystko, zapierająca dech w piersiach Butterfly (już za nią zasłużyła sobie na obecność na tej liście). Z drugiej strony pojawiły się niezwykle rozczarowujące kreacje w „Jaskółce”, czy „Rusałce”. Czas pokaże, która strona mocy przeważy, ale dopóki mam w pamięci ten wspaniały występ w „Madamie Butterfly”, dopóty będę jej dawał szansę.

Opolais miała w tym sezonie śpiewać w transmisji z MET („Tosca”). Niestety, zrezygnowała z roli, a angaż przejęła Sonya Yoncheva, kolejna rozchwytywana primadonna. To bardzo ciekawy przypadek – z jednej strony śpiewaczka dysponuje bardzo ładnym, okrągłym głosem, a przy tym dostatecznie dużym by podjąć solidne, verdiowskie partie, z drugiej – słuchając jej często mam wrażenie jakby solistka jeszcze niedostatecznie przestudiowała/zżyła się z rolą. Jest to o tyle dziwne, że przecież o śpiewaczce jest już dość głośno od dobrych kilku lat. Z trzeciej strony niektórzy potrzebują więcej czasu –  jej Desdemona przeskoczyła już z kategorii do „obiecującej” do „bardzo udanej”. Gorzej, że jej agent stara się jej wcisnąć tyle ról, ile mu tylko podsuną. Bardzo „niedorobiona” Norma jest tego najlepszym/najgorszym przykładem (nie mówiąc o tym, że gdyby zaproponowano mi śpiewanie w takiej produkcji jaką oferuje ROH, to od razu bym odmówił). Cóż, ma sporo do zaśpiewania w tym sezonie w MET, zobaczymy co sobą zaprezentuje.

Prędzej czy później musieliśmy natrafić na naszą Aleksandrę Kurzak. I co? I różnie. Z jednej strony mamy piękne, teatralne kreacje w operach dramatycznych. Chociażby Liu w ostatnim sezonie Covent Garden, Violetta w „La Traviacie” (choć zdarzają się jej problemy w samej górze), Matyldę (w „Matilde di Shabran” Rossiniego), czy Łucja. Równie udane są jej mozartowskie role. Z drugiej strony mam w pamięci niezbyt przekonujący album „Gioia”, fatalną Adinę (w dodatku nie wiedziałem, że to ona, po transmisji byłem szczerze zdumiony sprawdzając obsadę) i dość nierówny występ z pieśniami Chopina w NFM we Wrocławiu. Ale poprzestanę na tym –  w końcu solidarność narodowa zobowiązuje. Na pewno nie jest moją ulubioną śpiewaczką (jak i wśród polskich solistek), jednak to bez wątpienia zdolna artystka.

Myślę, że prędzej czy później zostanę zapytany o jeszcze cztery nazwiska, tak więc proszę:

a) ostatnimi czasy bardzo modna zrobiła się sopranistka z RPA, Pretty Yende. Mimo dość obiecującego początku, śpiewaczka średnio mnie przekonuje. Z jakiegoś powodu posłuchała rady, że granie ról, gdzie potrzeba mocnej góry i zwinności jest odpowiednie dla jej ładnego, ale raczej masywnego i jeszcze niedostatecznie technicznie sprawnego głosu. Posłuchajcie choćby jej Amminy z „Lunatyczki”, to szybko zrozumiecie o czym mówię. Z drugiej strony ledwo przekroczyła trzydziestkę, istnieje więc spora szansa powrotu na właściwą drogę,

b) problem Yende nie jest czymś nadzwyczaj rzadkim –  weźmy choćby Olgę Peretyatko – gdy usłyszałem ją w „Napoju miłosnym”,  pomyślałem sobie „tak, to dobry sopran, i ma szansę na karierę, jeśli będzie się trzymał lżejszego repertuaru i ograniczy się z rolami najeżonymi koloraturą”. Po czym usłyszałem jej Łucję (z Tokio, u boku Rucińskiego, miło mi donieść, że „nasz” Enrico spisał się znakomicie). Zgodnie z oczekiwaniami „Lunatyczka” okazała się równie fatalna, Elvira w „Purytanach” zwyczajnie zła, a w tym sezonie będzie śpiewać wszystkie cztery oblubienice Hoffmanna (sic!). W sumie szkoda…

c) mówiąc o współczesnych primadonnach, nie sposób nie wspomnieć o Annie Netrebko. Stali Czytelnicy znają mój stosunek do modnej diwy, więc spróbuję się streścić w kilku zdaniach. Na początek, żeby nie było – coś miłego. Po pierwsze Netrebko świetnie sobie radzi w rosyjskim repertuarze – nawet w najbardziej irytującym okresie jej kariery potrafiłem docenić jej świetną Tatianę z „Eugeniusza Oniegina”, „Russian album” jest chyba jej najlepszą solową płytą, a w niedawnym spektaklu „Jolanty” (choć nie była w dobrej formie wokalnej) pokazała, że potrafi zrozumieć założenia swojej bohaterki. Z innych pozytywów na pewno można dać szansę jej Antonii (z „Opowieści Hoffmanna”), a i współcześnie pogłębiła niektóre ze swoich ról (także wokalnie, po urodzeniu syna jej głos stał się cięższy) jak Anna Bolena, nawet jej Aida była znośna. No i śpiewacy chwalą Annę jako dobrą sceniczną koleżankę.

Tyle pozytywów. Przejdźmy do moich problemów.

Przede wszystkim, Anna Netrebko jest sztandarowym przykładem śpiewaczki, która nie poznała partykuły „nie”. Przynajmniej nie wobec swojego menadżera. Z tym, że tu tragedia jest podwójna, bo Netrebko nie tylko bierze role do których nie ma głosu (co ostatnimi czasy jest dość powszechne – szczęście, że odpuściła sobie Normę), ale również których nie rozumie stylistycznie. Jeżeli nie rozumie się jak kompozytorzy z epoki belcanto muzycznie budowali kruche, delikatne osobowości, to od takiej Łucji wara! Niestety, biedaczka wyłożyła wydany na DVD spektakl, i to z „naszymi” Beczałą i Kwietniem. Jeszcze gorzej sprawa ma się w komedii, ale chociaż po koszmarnej Norinie przyznała, że to nie był jej najlepszy pomysł. Netrebko nie ma też odpowiedniego głosu do francuskiego repertuaru, co widać dobitnie w bardzo nieudanych interpretacji Manon Masseneta. Tak więc nie przekonuje mnie ani jej styl, ani technika, ani ścieżka kariery.

d) jeszcze gorzej sprawa ma się z rumuńską diwą Angelą Gheorghiu. Tu nie dość, że sam głos jest niewielki, szary i zwyczajnie brzydki, to jeszcze przygotowuje zdecydowaną większość kreacji na to samo kopyto. Są tacy, którzy uważają ją za wielką, znakomitą artystkę, która każdą frazą buduje swoje role. Nie wiem, może ja czegoś nie dostrzegam, ale dla mnie jest to poziom aktorskiego zaangażowania rodem z polskich paradokumentalnych programów telewizyjnych. Owszem, czasem śmieszy, ale to zdecydowanie śmiech przez łzy. Warto dodać, że primadonnie przyczepiono wizerunek scenicznego potwora (zdaniem wielu – bardzo słusznie). Jak dla mnie największym fenomenem Gheorghiu jest to, że udało jej się zrobić gigantyczną karierę.

Niemiecka machina:

Na zakończenie myślę, że muszę wspomnieć jeszcze o dwóch niemieckich primadonnach.

Pierwszą jest jedna z ulubionych partnerek scenicznych Jonasa Kaufmanna, Anja Harteros. Rzadko opuszczająca Niemcy śpiewaczka (podobno nie lubi rozstawać się ze swoim schorowanym mężem) mogła na szczęście dostać swoje pięć minut dzięki sławie Kaufmanna. I szczerze mówiąc cieszmy się, bo jest to bardzo kompetentna artystka, która zrobiła na mnie szczególnie dobre wrażenie kreacją Magdaleny w „Andrea Chenier”. Także jej duet miłosny z „Otella” (dostępny na youtubie) wypadł bardzo obiecująco. Oczekuję z wielkim zainteresowaniem ich wspólnego występu w całej operze. Z racji pochodzenia (chodzi mi o matkę-Niemkę, a nie ojca-Greka) została gruntownie przeszkolona z niemieckiego repertuaru i w Wagnerze radzi sobie całkiem dobrze. Mój problem zaczyna się w momencie wywołania ról verdiowskich (poza wspomnianą Desdemoną), których moim zdaniem nie powinna tykać – jej głos jest zbyt germański, sztywny, za cienki. Frazy płyną za szybko/za wolno (na początku obwiniałem dyrygentów, ale to zdarza się zbyt często) i pojawiają się problemy z precyzją w górze rejestru. Do tego szkoda, że bardzo miernie zaprezentowała się w płytowym nagraniu „Aidy” – zważywszy na to, jaka to w dzisiejszych czasach rzadkość, tylko zniechęciła potencjalnych inwestorów. Nie zmienia to faktu, że lubię jej słuchać, po prostu mam trochę zastrzeżeń.

Z drugą niemiecką sopranistką Dianą Damrau mam pewien problem. Ilekroć zobaczę jej nazwisko w obsadzie, niezmiernie się cieszę i czuję się trochę rozczarowany. Moja radość wynika z dobrego, solidnego poziomu artystki, która radzi sobie nawet w najtrudniejszych rolach. Niestety, choć solidna i rzeczowo wokalnie, prawie nigdy nie porywa mnie interpretacyjne – poważnie, kompetentnie, wręcz nieco nudnawo. Oczywiście zdarzają się wyjątki (jej ostatni występ w „Poławiaczach pereł” był bardzo udany), jednak w ogólnym rozrachunku jest jak niemiecki samochód – solidny i funkcjonalny, ale ekscytacji nie wywołuje.

Coda:

Gdybym miał się pokusić o wnioski, stwierdziłbym, że współczesny bilans primadonn wypada na plus wobec początku XXI wieku i na minus wobec generacji powojennej. Wciąż brakuje nam wielkich głosów do Wagnera, trudnych włoskich ról, czy Richarda Straussa. Wciąż nie mamy dostatecznie wielu śpiewaczek do belcanta i francuskiego repertuaru. Wciąż nie wyleczyliśmy się z choroby końca wieku „szukamy następczyni Callas/Scotto/Caballe”, niszcząc przy tym głos za głosem.

Jednak w końcu możemy posłuchać solidnych verdiowskich interpretacji, zdarzają się świetne spektakle oper Belliniego, także cięższe dzieła werystów (choćby „Andrea Chenier”, czy „Madama Butterfly”) doczekały się lepszych primadonn.

Bardzo proszę, piszcie w komentarzach kogo pominąłem – jeżeli lista zrobi się dłuższa, zrobię z niej trzeci wpis (z tym, że do nie każdej primadonny będę entuzjastycznie nastawiony).

Opublikowano Uncategorized | 10 Komentarzy

Dodatek do listy ulubionych śpiewaczek – współczesne soprany cz.1

Szczerze mówiąc podejrzewałem, że wpis o współczesnych sopranach pójdzie mi zgrabniej i szybciej niż opowieść o ulubionych śpiewaczkach.

Jakże się myliłem.

Przede wszystkim, rozpoczynając ten wpis miałem zagwozdkę nie w stylu „co sądzę o Pannie X, a jak zapatruję się na Divę Y”. Nie. Po pierwsze mamy całe zatrzęsienie primadonn, skatalogowanie ich pod kątem repertuaru wydaje się niemożliwe (np. ostatnimi czasy obserwujemy cały wysyp Norm), a dominacja krajowa przestała być oczywista. Poza tym na szczycie operowej drabiny znajduje się niewiele skrajnie złych primadonn, ale też niewiele jest w stanie mnie zachwycić. Niektóre, niczym roboty Spalanzaniego z „Opowieści Hoffmanna” śpiewają porządnie, ale mechanicznie, inne po doskonałym spektaklu są w stanie odwalić najgorszą partaninę.

Z tego powodu ten kilkuczęściowy wpis będzie nieco chaotyczny. Dzisiaj chciałbym się skupić na najbardziej pozytywnych przykładach (choć pewnie nie obejdzie się bez erraty/ drugiego wpisu: nie wierzę, że kogoś nie opuszczę). Pozwolę sobie pominąć świetne solistki zmierzające do emerytury jak choćby Mariellę Devię, Barbarę Hendricks, Barbarę Bonney, June Anderson, czy Lucianę Serrę (choć tu nie jestem pewien czy już aby na nią nie przeszła – ze współczesnymi śpiewakami nigdy nie do końca wiadomo). W tym wpisie chciałbym się skupić na śpiewaczkach, które jeszcze nawet nie myślą o zejściu ze sceny.

And the winner is…

Bardzo często otrzymuję maile z pytaniem kogo uważam za najlepszy współczesny sopran. Oczywiście jest to Emma Kirkby, genialna barokowa primadonna. Ponieważ ta odpowiedź rzadko kogokolwiek zadowala (z jakiegoś powodu śpiewacy barokowi są traktowani z lekceważeniem), zmuszony jestem wysunąć inną kandydaturę.

Na szczęście istnieje współczesna primadonna, którą uważam za zdecydowaną liderkę. To urodzona w USA Kanadyjka Sondra Radvanovsky. Jest doskonałym przykładem tego, że w dzisiejszych czasach da się godzić „stare” i „nowe”, tylko trzeba się naprawdę mocno postarać. Radvanovsky nie spieszyła się z wielką karierą, dzięki czemu udało się jej wypracować znakomitą technikę i odpowiednio duży wolumen głosu. Zaakceptowała też koncepcję, że w operze przyciągamy widza przy pomocy umiejętności wokalnych, a nie ostrego makijażu i kiecki od Diora.

Do tych klasycznych, fundamentalnych wartości typowych dla starej szkoły, Radvanovsky dodaje naturalne, filmowe aktorstwo, chętnie korzysta z obszernych zasobów internetu (ma nawet konto na twitterze) i kiedy w końcu przebiła się na szczyt, to umie się na nim utrzymać, podtrzymując zainteresowanie widzów (zaczynała od Verdiego i werystów, później dała popis w trzech królewskich operach Donizettiego, by później zabłysnąć jako Norma).

Jej kariera jest o tyle imponująca, że Radvanovsky nie posiada „pięknego głosu” (ale na tej samej zasadzie jak „pięknego głosu” nie demonstrowały Callas i Scotto). To nie jest łatwy w odbiorze instrument, trzeba się przyzwyczaić do tego wibrującego, ciemnego sopranu. Kto się jednak w nim rozsmakuje, znajdzie niezmierzone pokłady sztuki najwyższych lotów. Podobnie jak Callas i Scotto, i Radvanovsky stara się „zatopić” w swoje bohaterki. Mówienie o tym, że śpiewaczka „gra całą sobą” jest w dzisiejszych czasach mocno nadużywanym komplementem, tu jednak pasuje jak ulał. Zresztą o czym będę mówił – dała nam w końcu Normę z prawdziwego zdarzenia, czy możemy od niej wymagać więcej?

Amerykanizacja div:

W tym roku mogliśmy posłuchać jednego z najlepszych spektakli „Normy” od wielu, wielu lat. A skoro o nim mowa, to nie mogę pominąć jeszcze dwóch innych nazwisk, które przewinęły się w przedstawieniu.

Joyce DiDonato jest bez wątpienia jedną z najznakomitszych współczesnych śpiewaczek, sęk w tym, że to mezzosopran, który po prostu od czasu do czasu wykonuje sopranowe role (Maria Stuart, Adalgiza – pierwotnie ta rola należała do sopranów, Adina z opery Rossiniego). Mimo to uznałem, że zasługuje na wyróżnienie.

Drugą śpiewaczką była prowadząca transmisję znakomita młoda sopranistka prosto z Alabamy, Susanna Phillips. To kolejna primadonna, która musiała długo czekać na swoje pięć minut, ale wszystko wskazuje na to, że wreszcie jej się udało. Początkowo związana z Operą Liryczną w Chicago, występowała od czasu do czasu w MET (debiut jako Musetta). Przełom nastąpił w 2014 roku, po jej sensacyjnym występie w transmisji z Nowego Yorku (znów jako Musetta). Później ukradła show w „Miłowaniu z daleka”, udowadniając, że skomplikowany, współczesny repertuar nie kryje przed nią tajemnic:

Ciężko jednoznacznie powiedzieć jak będzie wyglądała przyszłość tego lirycznego sopranu, ale jeśli udało jej się pogodzić sztukę, karierę i udane życie rodzinne (ma męża i na dniach urodzi czwarte dziecko), to podejrzewam, że możemy oczekiwać samych dobrych rzeczy. W każdym razie, będę trzymał kciuki.

Kolejną obiecującą młodą primadonną, jest pochodząca z kubańskiej rodziny amerykańska śpiewaczka Lisette Oropesa. Dość szybko zadebiutowała w MET (nie uciekniemy od tego teatru jak mówimy o amerykańskich solistkach), bo już wieku 25 lat (Lisette w „Jaskółce” – jest płyta DVD). Później pojawiły się mozartowskie role, fenomenalna Sophie w „Wertherze”, czy równie znakomita Nannetta w „Falstaffie”.

Problem w tym, że choć śpiewała pierwszoplanowe, poważne role (Gilda, Wioletta, Łucja) jakoś nie udało się jej przebić do ścisłego grona najchętniej zapraszanych śpiewaczek. Ale to młoda sopranistka i jeszcze wszystko przed nią (w tym sezonie śpiewa Łucję w Covent Garden, może w końcu nastąpi ten długo wyczekiwany przełom). Oropesa dysponuje  cudownym, kruchym, ale jednocześnie ciepłym i miękkim sopranem liryczno-koloraturowym.  Z roku na rok jej kreacje aktorskie się pogłębiają, a sama śpiewaczka ma do siebie dość dystansu by nie „odbiła jej palma” (jej jedynym rozpoznawczym znakiem marketingowym jest modne zamiłowanie do biegania i weganizmu).

Jeżeli już mówimy o nowo przyjezdnych, wspomnijmy od razu o amerykańskiej Koreance, Kathleen Kim. Naturalna spadkobierczyni świetnej, współczesnej sopranistki  Sumi Yo (o niej w następnym wpisie), jest jedną z najlepszych współczesnych koloratur. Wśród jej koronnych ról bez wątpienia trzeba wymienić Olimpię z „Opowieści Hoffmanna” Zerbinettę z „Ariadny na Naxos”, Wróżkę z „Kopciuszka”, „Blondę” z „Uprowadzenia z seraju”, czy Oskara z „Balu Maskowego”. Dysponuje zadziwiającą jak na dzisiejsze czasy zręcznością, mocą w górnym rejestrze (nie tylko muska górne dźwięki, ale też uderza z całą mocą) jednocześnie unikając pułapki pustej wirtuozerii. To młoda artystka, ale z już ugruntowaną pozycją.

Pozostaje jeszcze jedno amerykańskie nazwisko, dość głośne (by nie powiedzieć – nieco za głośne). Angel Blue, zwyciężczyni wyborów Miss Hollywood 2005, była modelka i podopieczna Placida Domingo, nie może narzekać na przesadnie trudny start. I przyznać muszę, że jej głos ma sporo do zaoferowania – ładną, przydymioną średnicę rejestru, oryginalne timbre, i dobrą emisję. Jednak w większości kreacji brakuje mi wykończenia, zżycia się z rolami. Póki co, to ogromny potencjał, ale nie do końca wykorzystany. Trochę się niepokoję, czy nadmierna ekscytacja mediów i kolegów po fachu (Domingo mówiąc o niej jako o „nowej Leontyne Price” zdecydowanie przesadził) nie sprowadzi jej na złą drogę.

Nie zmienia to faktu, że to co obecnie sobą prezentuje jest bardzo dobre, a doświadczenie i dalsza nauka mogą dać nam za 5-7 lat wielką primadonnę:

Co tam panie w ojczyźnie?

Elegancka paleta amerykańskich śpiewaczek mogłaby sugerować, że świat opery ma się całkiem nieźle. Niestety, sprawa wygląda o wiele gorzej jeśli przyjrzymy się ojczyźnie opery. Devia zbliża się do emerytury, pozostałe wielkie primadonny też ograniczają się do prowadzenia warsztatów i reżyserii. Czy znajdzie się zatem ktoś, kto obroni włoskiego honoru?

Tak, istnieje jeszcze jedna świetna artystka młodszego pokolenia – Patrizia Ciofi.

Z jakiegoś powodu tej biednej śpiewaczce dość często obrywa się od widowni – zwłaszcza dość często narzeka się na jej nietypowe przyruchy i mimikę (zapominając, że by uzyskać zadowalający dźwięk nie zawsze wyglądamy jak celebryci z pierwszych stron gazet). Z niewyjaśnionych dla mnie przyczyn teatry poza Europą niechętnie ją zapraszają (chyba, że sama nie lubi opuszczać starego kontynentu). Na szczęście transmisje z europejskich teatrów są coraz bardziej powszednie, a i na płytach DVD można znaleźć sporo pozycji. Ciofi dysponuje instrumentem pięknej urody, zadziwiająco mocnym w całym rejestrze. Nawet jeśli w samej górze brakuje nieco swobody, to nie można mu odmówić ciepła i brak tu jakiegokolwiek „zwężania”, czy „siłowości”. Ciofi niestraszne długie linie melodyczne belcanta, a poszerzający się repertuar w żaden sposób nie uszkodził jej głosu. Podejrzewam, że niewiarygodnie naturalną sztukę frazowania zawdzięcza swoim nauczycielom, m.in. Shirley Verrett, ale przede wszystkim Carlo Bergonziemu, którego „wokalny naturalizm” był zjawiskiem legendarnym.

Aktorsko w rozumieniu wokalnym jest doprawdy znakomicie, zważywszy na to, że śpiewaczka potrafi zmieniać głos całkowicie w zależności od repertuaru (także barwę i manierę śpiewania!). Nie boi się kreacji subtelnych, spowitych obłokiem melancholii, krótko mówiąc – takich, które niekoniecznie dobrze się sprzedają.

Choć występuje często w paskudnych, nowoczesnych produkcjach, udaje jej się zachować swoisty „konserwatyzm” interpretacyjny, stając się często jedyny jasnym punktem spektaklu, w który widz wczepia się niczym rozbitek w belkę. Nie wszystkim to pasuje, wielu wolałoby pewnie bardziej „nowoczesne” podejście, ale może lepiej byśmy oszczędzili ostatni bastion wielkich włoskich sopranów?

Francuski przepych:

Gdy mówię o współczesnej francuskiej operze, niejednemu przychodzi do głowy postać Natalie Dessay. Wielka aktorka francuskiej opery o szalenie oryginalnym, „szklanym” głosie ma tak wielu zwolenników, jak i przeciwników (zaliczam się do tych pierwszych, choć zgadzam się, że końcówka kariery nie zawsze była dobrze przemyślana). Jednak tym razem jej darujemy, bowiem śpiewaczka jest w stanie około emerytalnym (jak wspominałem – z primadonnami nigdy nie do końca wiadomo…).

Dzisiaj chciałbym się skupić na dwóch nazwiskach, wyspecjalizowanych w baroku i Mozarcie. Pierwszą primadonną jest znakomita dziewczyna orleańska (wiem, kalambur raczej marny) Veronique Gens. Wychowanica Williama Christie, jest obecnie jedną z najlepszych mozartowskich solistek, choć wielką sławę przyniosło jej znakomite nagranie „Bajazeta” Vivaldiego (z całego serca polecam). Obecnie ta znakomita śpiewaczka, obdarzona, ciemnym, zmysłowym głosem (często zmierzającym w stronę mezzosopranu), powiększa repertuar w kierunku francuskich kompozytorów i pieśni. Sądzę, że usłyszymy o niej jeszcze nie raz. I bardzo dobrze!

Drugą taką śpiewaczką jest Patricia Petibon (obecnie mocno niekierunkowaną na francuski repertuar). Z nią mam trochę problemów – o ile zaczęła naprawdę znakomicie, to z czasem zaczęła angażować się nie tyle w „sztukę”, co w „projekty”. Z tego też powodu znaczna część jej działalności zaczyna bardziej przypominać teledyski i występy estradowe niż sztukę wysoką. Ale mając w pamięci jej kilka znakomitych występów, jeszcze jej nie skreślam.

Zapraszam do części drugiej:

Wpis już znacznie się rozrósł, więc o reszcie interesujących primadonn opowiem przy następnym wpisie – przed nami przecież jeszcze kilka krain (zwłaszcza dawne państwa Układu Warszawskiego są godnie reprezentowane). No i wypadałoby trochę opowiedzieć o nierównych śpiewaczkach,solistkach z dużym potencjałem, ale niepewną przyszłością, czy primadonnach-farbowanych lisach…

Opublikowano Uncategorized | 2 Komentarze