Podróż do Japonii AD 2016 – część druga, czyli turystyka

Jak trzymają się klasyki?

Zeszłoroczna wyprawa do Japonii na pewno nie będzie moją jedyną (przynajmniej tak długo jak dawni nauczyciele będą mnie zapraszać), tak więc wstępnie planuję za rok-dwa wyruszyć do Hokkaido i być może w Alpy Japońskie. Za pierwszym razem udało mi się zwiedzić Kioto, znaczną część Tokio, Narę, Nikko, Jokohamę, Matsushimę i kilka mniej znanych miejsc. Nie wybrałem się na inne wyspy czy południe Honsiu (Osaka, Himeji, Hiroshima), ale może i na to przyjdzie czas.

Pierwszy wyjazd poświęciłem niekwestionowanym klasykom turystyki. Czy najsłynniejsze miejsca Japonii naprawdę zachwycają? Odpowiedź brzmi: jak najbardziej.

Początkowo byłem przeciwny pomysłowi pana Ishikawy, byśmy spędzili aż 3 dni w Kioto (przy okazji odwiedzając Narę, do której mieliśmy godzinę drogi pociągiem). Jednak przekonałem się, że trzy dni to dużo za mało. Udało mi się zobaczyć większość absolutnych „miejsc obowiązkowych”, jednak by spokojnie zwiedzić wszystkie istotne zabytki Kioto i tydzień by nie wystarczył. Co prawda sierpień nie jest najlepszym miesiącem na zwiedzanie (wybitnie ciepło i wilgotno), ale za to uniknąłem koszmarnych tłumów, powszechnych w maju i wrześniu.

Kiyomizu Dera to pięknie położona świątynia, gdzie budowle z malowanego drewna kontrastują z monumentalnym głównym obiektem, pagody zachwycają swoim majestatem (nawet jeśli wyrastają z bardziej nowoczesnych osiedli), a las bambusowy obok starego mostu Togetsuko to dowód na to, że przyroda i architektura mogą iść ze sobą w parze. Tytuł dwóch najpiękniejszych miejsc trafia do klasyków: najczęściej zwiedzanego zabytku w Japonii, świątyni bogini Inari. Budowla zapiera dech w piersiach, a tysiące bram (ponad 10 000) tworzących tunel wyglądają jak z bajki (niestety, tam porwał mnie tłum turystów i nie jestem specjalnie zadowolony z żadnego zdjęcia).

Jednak największych hitem okazał się Złoty Pawilon, idealnie wpleciony w japońską przyrodę:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W Narze jest równie dobrze – monumentalna świątynia Toudai-ji to podobno najwyższa na świecie drewniana budowla. Droga do niej wiedzie przez wielki park, kojarzący się bardziej z miasteczkami uzdrowiskowymi niż trasą do jednego z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju. W starej stolicy łatwo spotkać daniele. Te stworzenia zostały uznane za posłańców bogów i nikt im nie może robić im krzywdy. W związku z tym oswojone zwierzęta zachowują się jak rozwydrzone dzieci, biegając gdzie popadnie i domagając się ciastek od turystów. Przyznam, że nieźle się bawiłem, obserwując grupkę danieli oblężających chińską turystkę, gdzie trzy ją zaczepiały, a dwa wyjadały jedzenie z torebki.

Tokio to zaskakująco przytulna metropolia. Spodziewałem się betonowego molocha, jeszcze bardziej przerażającego od europejskich stolic. I owszem, było nowocześnie i w ogóle ludzie wszędzie, ale jednocześnie można zaskakująco łatwo znaleźć miłą i cichą uliczkę.  Z wypraw turystycznych najcieplej wspominam genialne Muzeum Studia Ghibli, do którego z trudem udało mi się zdobyć bilet. Piękne prezentacje technik tworzenia animacji, wspaniałe modele i, przede wszystkim, pokaz krótkometrażowego filmiku „Mei i Kotobus” (mini-kontynuacja kultowego „Mojego sąsiada Totoro”). Kto nie lubi animacji, powinien udać się do wspaniałego sanktuarium Meijiego. Jeżeli ktoś zostaje na dłużej powinien tak jak ja, załatwić sobie dzienną wycieczkę do kompleksu świątyń w Nikko. Zważywszy na nieco nietypową dla Japończyków ornamentykę, pięknie położone i stylistycznie jednolite świątynie, Nikko przywodzi na myśl barokowe miasteczka.

Wyprawa do Matsushimy była szalenie zabawna – przede wszystkim, bardzo precyzyjnie oddzielono „świat technologii” od „świata turystyki”. Klimat dwumilionowego Sendai kończy się wraz z wjazdem pociągu na dworzec. Następnie zahaczyłem o położone obok biuro informacji turystycznej.  Zapytałem panią „街の地図 が ありますか” („Czy macie mapę miasta?”). Potwierdziła, ale poprosiła mnie o przejście na angielski. Mówiła znakomicie – ale była jedynym lingwistycznie uzdolnionym mieszkańcem, którego tam spotkałem. Opuściwszy biuro, trafiłem na urocze i odcięte od świata miasteczko turystyczne.

Potwierdziło zresztą moje największe odkrycie tej podróży – Japońska przyroda jest fascynująca. Poza wielkimi miastami natraficie na bujne lasy, majestatyczne góry i malownicze zatoki. Wszystko to jest zaskakująco intensywne i jednocześnie często zapomniane przez Boga i ludzi. Ale więcej o tym, gdy wrócę z następnej wyprawy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Japonia od kuchni:

W naszym pięknym kraju japońskie restauracje są koszmarnie drogie i nie zawsze dobrej jakości. Tak więc japońskie eksperymenty kulinarne ograniczam do własnoręcznie robionego sushi.

Nie będę nikogo okłamywał – ostrzyłem sobie zęby na japońskie knajpy. Nawet moi najbardziej wybredni znajomi wychwalali pod niebiosa tamtejsze potrawy. Kuchnia japońska podbiła moje serce, z tym, że nie obyło się bez niespodzianek. Co mnie najbardziej zdziwiło? Ceny. Spodziewałem się, że wizyta w restauracji czy barze będzie traumatyczna dla mojego portfela. Okazało się, że w Matsushimie, w samym centrum, zapłaciłem 1600 jenów (ok. 57 zł) za solidny obiad: zupę ostrygową, grillowane ostrygi, zapiekane warzywa, ryż z ostrygami i fermentowaną fasolę. Mniej ekskluzywne dania kosztowały około 1000 jenów (ok. 36 złotych), a do tego smakowały wybornie.

Inna rzecz, że w Japonii nigdzie nie udało mi się napić dobrej kawy. Na szczęście, Japończycy traktują zieloną herbatę jako substytut kawy, w związku z tym wszędzie możecie skosztować tego znakomitego napoju.

Czego brakuje w Japonii? Owoców (są koszmarnie drogie i niezbyt smaczne, za jedno jabłko płaci się ok. 10 zł!), serów i soków. Natomiast jeśli lubicie makarony, ryż i ryby, to w kuchni japońskiej zasmakujecie.

Jeśli chodzi o alkohol, to piwo jest drogie i niesmaczne. Za to wino prezentuje się bardzo przyzwoicie, a ceny wahają się od znośnych po kosmicznie drogie. Największą gwiazdą są alkohole mocniejsze – ciekawe, zniuansowane ryżowe sake (świetne z sashimi i mięsem), słodko-kwaśne nalewki ze śliwek. Nie można też zapomnieć o znakomitej whisky, słusznie uznawanej za jedną z najlepszych na świecie. W dodatku z powodu niskiej akcyzy, mocne alkohole wcale nie były dużo droższe od europejskich destylatów.

Warto dodać, że Japończycy dbają o wygląd potraw (ponoć często bardziej niż o smak), a większość dań serwowana jest oddzielnie.

Jak wygląda życie w mniejszym mieście?

Poza szaleństwem wielkich metropolii, udało mi się spędzić kilka dni na prowincji. Japońskie miasteczka i wsie to miejsca ciche i zadbane. Wszyscy dzielnie pracują, by wszędzie było czysto, poszatkowane w kwadraty pola kojarzą się z francuskimi winnicami, a pojawienie się cudzoziemca wywołuje może już nie szok, ale na pewno zainteresowanie. Oddaleni od stolicy Japończycy żyją spokojniej, po mieszczańsku, wieczorami oglądając baseball, popijając sake/piwem/whisky. Mają też większą świadomość problemów społecznych, gdyż wyraźniej widzą problemy wewnętrznej migracji, połączone ze stagnacją jakości życia – w końcu recesja trwa w najlepsze…

Co Japończycy sądzą o Polakach? 

Miło mi donieść, że Polacy cieszą się dobrą reputacją – są solidnymi pracownikami, o pięknej białej cerze (w Japonii opalenizna chyba nigdy nie będzie w modzie), dość szybko przyswajającymi język. Oczywiście mówię o ludziach, którzy o Polsce słyszeli, zdecydowana większość Japończyków nie ma pojęcia kim jesteśmy. Po jakimś czasie przypominają sobie, że z naszego kraju pochodzi Fryderyk Chopin, bez wątpienia najpopularniejszy w Japonii europejski kompozytor. Dobre i to. Skoro już wspomniałem o muzyce, warto dodać, że muzyka klasyczna rozbrzmiewa tu o wiele częściej niż w Europie Zachodniej, także w instytucjach publicznych. Dzieła Chopina trafiły do kanonu japońskich szkół i nic nie wskazuje na to, by miały go opuścić. Ale czy można się dziwić? W końcu który kompozytor tworzył tak introwertyczną, minimalistyczną, wrażliwą muzykę, przeznaczoną do grania w samotności? Czy Japończykom potrzeba czegoś więcej?

Podsumowanie:

Rzadko kiedy polecam miejsca, które obecnie są w modzie, tym razem idę za tłumem. W Japonii tak obyczajowi konserwatyści jak i nowocześni hipisi znajdą coś dla siebie. To kraj neonów, technologii, skostniałej tradycji i wspaniałych obyczajów, minimalistycznej sztuki, która zachwyca i nudzi… To przede wszystkim państwo jedyne w swoim rodzaju. Nie dziwota, że część naukowców przy ustalaniu podziałów cywilizacyjnych domaga się osobnej cywilizacji dla Japonii.

Na koniec drobne ostrzeżenie – ten kraj będzie ciężki do zwiedzania jeśli nie znacie choćby podstaw japońskiego, bądź nie macie dobrego przewodnika – jak na trzecią gospodarkę świata, Japończycy mówią zaskakująco źle po angielsku (chociaż i druga, i pierwsza gospodarka świata talentem do języków obcych nie grzeszy…). Bezpośredni, głośni i przebojowi wycieczkowicze też mogą natrafić na trudności. Natomiast jeśli to wam nie przeszkadza lub przeciwnie – szukacie egzotyki, gdzie wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku, to Japonia jest dla Was!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Podróż do Japonii AD 2016 – część pierwsza, czyli słówko o społeczeństwie

Kiedy w styczniu 2016 roku LOT uruchomił bezpośrednie loty z Warszawy do Tokio, podróż do kraju kwitnącej wiśni przestała być nieosiągalnym marzeniem, dostępnym tylko dla najbogatszych (bądź ludzi, którzy są w stanie lecieć 36 godzin z dwoma przesiadkami).  Korzystając z okazji, przyjąłem zaproszenie moich nauczycieli i w sierpniu 2016 stanąłem na japońskiej ziemi.

Nie chciałem pisać o mojej podróży z dwóch powodów: po pierwsze, to blog muzyczny, a nie podróżniczy. Po drugie – nie jest to specjalnie oryginalny temat (sprawdźcie tylko, ile powstało blogów o podróżach do Japonii). Jednak skoro mamy „kapryśny miesiąc” (https://poprostuopera.wordpress.com/2017/06/09/przedmowa-do-kaprysnego-miesiaca/), to nie odmówię sobie wpisu.

Nie będzie to klasyczna relacja opisująca miasto po mieście (od tego jest masa innych, zaprawionych w bojach blogów podróżniczych), ile przemyślenia o kulturze, zabytkach, przyrodzie i społeczeństwie. Dziś skupię się na tym ostatnim. Obiecuję być „bardziej turystyczny” w następnym wpisie.

Zanim zaczniemy, chcę tylko podkreślić, że co człowiek to opinia i w internecie znajdziecie masę absolutnie sprzecznych spostrzeżeń i uwag. Tak więc moje wnioski na temat Japonii nie są żadną prawdą objawioną i inni mogli dostrzec zupełnie co innego.

Ludzie, ludzie wszędzie…

W kraju niewiele większym od Niemiec żyje ponad 120 milionów ludzi. Jednak należy podkreślić, że ponad 90 milionów zamieszkuje pas kotlin rozmieszczonych od Sendai do Hiroshimy. Następnych kilkanaście milionów rezyduje na wyspie Kiusiu i małych wysepkach na południu. Tereny wybrzeża przy Morzu Japońskim (nie licząc kilku miast) i druga największa wyspa Hokkaido (poza stolicą wyspy, Sapporo), są – jak na standardy Japonii – praktycznie niezamieszkałe. Tak skrajnie nierównomierne rozłożenie ludności rodzi konsekwencje: niektóre miasta rozrosły się do niewyobrażalnych rozmiarów, zaś prowincja sprawia wrażenie opuszczonej i zapomnianej przez Boga i ludzi, niczym wioski-widma na Podlasiu.

Jak zapewniali mnie znajomi żyjący w Tokio, sytuacja będzie się pogarszać, bowiem pracę można łatwo znaleźć tylko w kilku dużych miastach, więc wskaźnik wewnętrznej migracji pozostanie na niepokojąco wysokim poziomie, zwłaszcza w stolicy (niektórzy wieszczą, że kilkanaście lat Tokio wchłonie Jokohamę, trzecie największe miasto w kraju!).

Taki obrót spraw mógłby sugerować, że metropolie stały się betonowymi dżunglami, a prowincje wiecznie zielonymi skansenami. No i właśnie tak nie jest.

Owszem, Japończycy to prężni i niepatyczkujący się deweloperzy, ale nie przekraczają pewnych granic. Nie ruszają parków, terenów świątynnych (sanktuarium Meijiego może pochwalić się 70-cio hektarowym parkiem w centrum Tokio) i tradycyjnych ogrodów. Jednocześnie mniejsze miasta mogą „pochwalić się” pustostanami i porzuconymi fabrykami (choć podobno najwięcej takich atrakcji można zobaczyć na Hokkaido, a tam jeszcze nie byłem). Bez wątpienia nie musicie się bać wszechobecnego asfaltu Tokio i Jokohamy.

Kiedy przyroda Cię nienawidzi

Wizyta w Japonii uświadomiła mi, że w Polsce mamy bardzo przyjazny klimat. Owszem, jako Kłodczanin wiem co nieco o powodziach, zdarzają się susze i przymrozki w maju, ale w porównaniu do Japonii, żyje się u nas dość spokojnie.

W czasie mojego dwutygodniowego pobytu nie doświadczyłem ani jednego trzęsienia ziemi. Podobno miałem straszne szczęście. Owszem, większość wstrząsów nie jest szczególnie intensywna, jednak wizja 300 trzęsień ziemi rocznie nieco przeraża. Równie powszechnym zjawiskiem są tajfuny (20 rocznie, z czego mi trafiły się 2):

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

(widok na Tokio z cmentarza dla cudzoziemców w Jokohamie – w tle widać nadchodzący tajfun)

W anime „Shin sekai no yori” („Z nowego świata”, na podstawie książki Yuusuke Kishiego) pada zdanie doskonale obrazujące determinację Japończyków – Łańcuch jest tak trwały, jak mocne jest jego najsłabsze ogniwo. Lata wojen domowych, katastrof i epidemii stworzyły społeczeństwo twarde, potrafiące przeciwstawić się największym przeciwnościom. Zbaraniałem wręcz, gdy zorientowałem się, że moi znajomi traktowali tajfun jako bardziej uciążliwą ulewę (choć okazało się, że żywioł niespodziewanie uderzył na południe Hokkaido – były ofiary i spore zniszczenia). Jednak prawdziwy szok kulturowy przeżyłem drugiego dnia, gdy zobaczyłem jak gospodyni przykrywa śmieci do segregacji folią, żeby nie zmokły. W drodze do metra nie było domu w którym postąpiono by inaczej. Wszyscy znają zasady, wszyscy ich przestrzegają.

A skoro już mowa o zasadach…

Kraj smutnych ludzi

Powiedzieć, że Japończycy są społeczeństwem pełnym sprzeczności, to jakby powiedzieć, że Enrico Caruso był niezłym tenorem. Dumne i pełne kompleksów, nowoczesne i tradycyjne, pracowite i często nieefektywne. Jedno jednak łączy większość Japończyków – to ludzie smutni, jakby pogodzeni z losem, że żyją w kraju wiecznych trosk.

Mimo gigantycznego zakorzenienia w rodzimej tradycji, Japończycy nadążają za nowinkami technologicznymi, korzystają z zaawansowanej robotyki i gadżetów (i znów – raczej w dużych miastach niż na prowincji). Jest jednak mroczniejsza strona tego technologicznego pędu: po pierwsze, dzięki temu mogą ograniczyć kontakty z ludźmi: Japończycy nie należą do najbardziej towarzyskich i wygadanych społeczeństw na świecie. Po drugie – japońscy politycy chcą wykorzystać zaawansowane osiągnięcia robotyki do ogarnięcia problemu starzejącego się społeczeństwa (do 2100 roku ma być ledwie 85 milionów obywateli!). Po trzecie – każda nowinka pomaga im mniej pracować w domu, dzięki czemu mogą zyskać chwilę wytchnienia po bardzo długim dniu pracy.

(tradycyjnie ubrane dziewczęta robią sobie zdjęcie telefonem, który u nas pewnie wejdzie do oferty za 30 lat – czyli jak stare spotyka nowe)

Wśród moich japońskich przyjaciół dominują ludzie po sześćdziesiątce z dwójką dorosłych dzieci. Jeśli wierzyć opowieściom o pracy ich potomków (a wszystkie są bardzo do siebie zbliżone), współczesny japoński system pracy niszczy społeczeństwo bezwzględnie i konsekwentnie. Ludzie pracują sporo dłużej niż mają w kontrakcie, dojazd do pracy zajmuje około godziny w jedną stronę, nieraz trzeba przyjść do pracy w sobotę. Co więcej, dłuższy czas w pracy nie przerzuca się na efektywność, za to uniemożliwia założenie rodziny. Ale wyjść wcześniej nie można, skoro szef jeszcze siedzi… Istnieje nawet specjalny zwrot używany kiedy pracownicy wychodzą przed innymi: お先に失礼します (Osaki ni shitsureishimasu). Jednak dosłownie nie oznacza „wychodzę, do jutra”, ile „przepraszam, że wychodzę, kiedy wy jeszcze pracujecie”.

Japończycy bardzo rzadko zmieniają firmy (najczęściej wcale), w związku z tym jakiekolwiek zmiany na korzyść pracownika są ciężkie do wyegzekwowania. Tym bardziej, że jeśli człowiek zostanie z takiej firmy wyrzucony, drzwi do innych renomowanych przedsiębiorstw zostają na zawsze zamknięte i pozostaną mu tylko proste prace porządkowe.

Synowi jednej z moich nauczycielek zaproponowano zwolnienie z pracy, z wypłaceniem 36-cio miesięcznej odprawy. Odmówił. Wiedział, że przez te 3 lata i tak nie znajdzie pracy. Woli już pracować od poniedziałku do piątku od 8:00 do 20:30 i po kilka godzin w sobotę. W sumie nie ma co się dziwić, że z zewsząd czułem wszechobecną melancholię.

Jednak tak zdyscyplinowane społeczeństwo to nie tylko korporacyjny terror. W Japonii dba się o czystość ulic i skwerów (na głównych arteriach dużych miast praktycznie nie ma śmieci), ludzie stoją grzecznie w kolejkach do metra (nie mówiąc o tym, że istnieje specjalnie narysowane miejsce, pokazujące, gdzie będą drzwi), pociągi faktycznie się nie spóźniają (przynajmniej w czasie moich podróży). Szczególnie mocno zaimponowało mi jak Japończycy opanowali żywioł wody – radzą sobie z ulewami i tajfunami, wodę można kupić w licznych automatach, a łazienki są łatwo osiągalne (serio, nigdzie nie miałem problemu ze znalezieniem publicznej łazienki – to chyba pierwsza taka podróż w moim życiu).

Przy tak zapracowanym społeczeństwie, ogromną rolę odgrywają ludzie starsi – bezpłatnie uczą cudzoziemców japońskiego (także poza granicami kraju, jak na przykład mnie), sprzątają ulice i parki oraz opiekują się dziećmi. Jedna z moich nauczycielek regularnie odbiera dzieciaka z podstawówki, którym nie mogą zająć się zapracowani rodzice (świetlicę zamykali o 19:00). Raz poszedłem z nią i była to zabawna przygoda, bowiem to ja wszedłem pierwszy do sali pełnej młodych kobiet i dzieci. Z moją aparycją disneyowskiego łotra i niskim, chrapliwym głosem (w końcu wypadało się przywitać) momentalnie zwróciłem na siebie uwagę wszystkich, raczej w tym złym znaczeniu. Na szczęście moja nauczycielka przyszła chwilę później i szybko mnie przedstawiła.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

(Iwaki, plan dzielnicy gdzie stacjonowałem –  na mapce rozpisano, kto gdzie mieszka. Dla nowo przybyłego to wybitne udogodnienie, dla mieszkańców – brak prywatności)

Dobrze, dziś było nieco poważnie, w następnym wpisie podzielę się moimi przemyśleniami o kuchni, zabytkach i przyrodzie. Obiecuję, że będzie lżej. Pozdrawiam!

PS –  na wszelki wypadek przypominam, że przedstawione powyżej przemyślenia mają charakter czysto subiektywny.

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarze

Bitwa na nagrania – „Kopciuszek”

https://poprostuopera.wordpress.com/2012/05/05/cyniczna-bajka-dla-duzych-dzieci-kopciuszek-cz-3/

Kilka lat temu omówiłem dyskografię „Kopciuszka”. Druga z najczęściej wystawianych oper Rossiniego może pochwalić się imponującą spuścizną, gdzie każdy z łatwością znajdzie coś dla siebie. Ponieważ zwykle nie łączę serii „bitwa na nagrania” z dyskografiami, uznałem, że z ciężkim sercem odpuszczę sobie pojedynek dwóch najlepszych płyt DVD, które uwielbiam tak samo i nie jestem w stanie między nimi wybrać.

Skoro mamy „Kapryśny miesiąc” (czyli piszę na tematy, o którymi chciałem się zająć od dawna, ale uznałem, że nie wypada), zdecydowałem się zabrać za dokładną analizę tych dwóch przeuroczych płyt DVD. Jeżeli ktoś chce zapoznać się ze skróconym opisem płyt i moimi rekomendacjami możecie je znaleźć tu: https://poprostuopera.wordpress.com/2012/05/05/cyniczna-bajka-dla-duzych-dzieci-kopciuszek-cz-3/

Pozostałych zapraszam do lektury!

„Kopciuszek” – bitwa na nagrania!

W lewym narożniku! –  Frederica von Stade, Francisco Araiza, Paolo Montarsolo, Claudio Desderi, Paul Plishka, Margaritha Guglielmi i Laura Zannini, chór i orkiestra La Scali, dyr. Claudio Abbado (DG, 1981) – klasyczny film operowy Jean-Pierre Ponnella, uważany za jedną z najlepszych operowych płyt DVD.

W prawym narożniku! – Cecilia Bartoli, Raul Gimenez, Enzo Dara, Alessandro Corbelli, Michele Pertusi, Laura Knoop i Jill Gove, chór i orkiestra Opery w Houston, dyr. Bruno Campanella (Decca, 1996) – rejestracja na żywo z młodą Bartoli, z niesłusznie nieznanym w naszym kraju Raulem Gimenezem i wielkim duetem komediowym Dara/Corbelli.

Kategoria pierwsza – najlepszy Kopciuszek (kategoria za 2 punkty)

Frederica von Stade vs Cecilia Bartoli

Obie Panie stają na wysokości zadania, choć interpretują swoje bohaterki skrajnie różnie. Von Stade jest niewinna i dobra, bardzo łagodna, wręcz wycofana. Przypomina mi disneyowską bohaterkę z filmu animowanego (z 1950). Jej głos jest wyjątkowo jasny i piękny w całym rejestrze i ma naturalny talent aktorski.

Bartoli ze swoim zdecydowanie ciemniejszym głosem brzmi bardziej zadziornie i po włosku. O ile von Stade jest złamaną psychicznie dziewczyną, o tyle Bartoli to zrzęda o złotym sercu, która stara się utrzymać dom, pomimo rozrzutnych i głupich krewnych.

Obie interpretacje są ciekawe, ale i w obu chciałoby się trochę więcej niejednoznaczności (świetny mariaż obydwu podejść zaprezentowała Teresa Berganza w nagraniu dla DG). Po dłuższym namyśle stawiam na von Stade. Po pierwsze, jej wersja jest jednak lepiej zaśpiewana, po drugie – ma zdecydowanie więcej talentu aktorskiego. I po trzecie – takie podejście pasuje do postulatu Rossiniego, który chciał lirycznej/romantycznej pary Kopciuszek-książę i komediowego szaleństwa w pozostałych wątkach.

Zwyciężczyni – Frederica von Stade

Kategoria druga – najlepszy książę (kategoria za 1,5 punktu)

Francisco Araiza vs Raul Gimenez

Francisco Araiza był w swoim czasie jednym z najbardziej rozchwytywanych lekkich tenorów. Z czasem jego kariera przybladła, a przeciętne aktorstwo na pewno mu nie pomogło w powrocie na szczyt. Jego książę opiera się na dwóch klawiszach – albo jest młodzieńczo-romantyczny, albo pełen gniewu. Pasuje to do księcia z okresu „burz i naporów”, więc wychodzi z projektu obronną ręką.

Tylko, że w wersji Decci mamy Gimeneza w wielkiej formie wokalnej. W dodatku jego książę jest młodzieńczy, gniewny, ale też o wiele inteligentniejszy, z poczuciem humoru, to trójwymiarowa, złożona postać. Zdecydowany punkt dla Decci.

Zwycięzca – Raul Gimenez

Kategoria trzecia – najlepszy Don Magnifico (kategoria za 1,5 punktu)

Paolo Montarsolo vs Enzo Dara

Moja najboleśniejsza kategoria – jeden z moich absolutnie najukochańszych śpiewaków operowych w ogóle i bardzo lubiany Montarsolo w swojej chyba najsłynniejszej roli. Co za pojedynek!

Aktorsko obaj panowie są absolutnie bezbłędni – Dara prezentuje się bardziej elegancko, choć łatwo uwierzyć w gnuśność i rozrzutność jego bohatera. Montarsolo jest bardziej brutalny, Ponnelle chętnie wykorzystał jego wielki wzrost, kreując dużego, groźnego głupka, któremu zwykle nikt się nie przeciwstawia. Gdybym miał ocenić sam kunszt aktorski, postawiłbym na Darę, bowiem towarzyszy mu Alessandro Corbelli – ilekroć ci panowie występują razem, dzieją się rzeczy wielkie i tak jest też tutaj.

Niestety, wokalnie Dara nie miał najlepszego wieczoru – dół praktycznie nie istnieje, a góra jest gromka i wymuszona. Nawet jeśli Montarsolo nie radzi sobie tak dobrze z językowymi łamańcami (tu chyba nikt nigdy nie pobije Dary), to jednak z ciężkim bólem serca muszę dać punkt starszej wersji. Ale miejcie świadomość, że oba występy są warte uwagi!

Zwycięzca – Paolo Montarsolo

Kategoria czwarta – najlepszy Dandini (kategoria za 1,5 punktu)

Claudio Desderi vs Alessandro Corbelli

Kolejna szalenie wyrównana kategoria. Tym razem panowie prezentują idealne warunki wokalne – z tym, że Desderi jako książę jest bardziej łagodny i safandułowaty, zaś Corbelli brzmi jak parodia Ludwika XIV. Decydujące będą tu zdolności aktorskie – i tu wygrywa Decca. Nie zrozumcie mnie źle, Desderi świetnie łączy pseudo wielkopańskie maniery z prostodusznością lokaja, nie ma jednak tak dobrych partnerów od których mógłby odbić się aktorsko. Chemia między Darą, a Corbellim jest nie do pobicia, a Gimenez i solistki grające siostry mają więcej aktorskiego talentu od śpiewaczek z nagrania DG.

Tak więc bardzo wyrównana kategoria, ale jednak Corbelli.

Zwycięzca – Alessandro Corbelli 

Kategoria piąta – najlepszy Alidoro (kategoria za 1 punkt)

Paul Plishka vs Michele Pertusi

Tu z kolei mam zdecydowanego faworyta. Choć Pertusi pięknie śpiewa, brak mu charyzmy i potęgi. Nauczyciel księcia brzmi jakby był raptem kilka lat starszy od swojego ucznia. Plishka natomiast dysponuje autorytetem i potęgą, jednocześnie pozostając zabawną i ludzką postacią. Decca nie ma się czego wstydzić, ale tu wygrywa klasyk.

 

(od 6:40)

Zwycięzca – Paul Plishka

Kategoria szósta – najlepsze siostry (kategoria za 1 punkt)

Margaritha Guglielmi i Laura Zannini vs Laura Knoop i Jill Gove

Szczerze powiem, mam wrażenie, że Ponnellowi zabrakło pomysłu na siostry. Owszem, mają kilka gagów, śpiewają nie najgorzej, ale po wyłączeniu płyty, prawie całkowicie o nich zapominam. Panie Knoop i Gove mają o wiele więcej charakteru, śpiewają ładniej (do tego ich głosy są bardziej zróżnicowane) i mają naturalny talent komediowy. Co prawda, duża część vis comica wynika z ich fizycznych różnic (jedna jest wysoka i bardzo chuda, druga niska i przy kości), ale wydaje mi się, że dla typowo komediowych postaci taki zabieg nie jest jeszcze obraźliwy. W każdym razie mi nie przeszkadza.

ZwyciężczynieLaura Knoop i Jill Gove

Kategoria siódma – najlepszy chór (kategoria za 1 punkt)

Chór La Scali vs Chór Opery w Houston

Oba chóry prezentują się solidnie, ale bez rewelacji. Chórzyści La Scali są mniej przerysowani i bardziej do polubienia, z drugiej strony panowie z Houston mają o wiele więcej na głowie (ciągle przebieranki, bardzo zróżnicowane aktorsko sceny). Oba zespoły lubię zatem daję remis.

Remis przyznaję też inżynierom dźwięku, bo choć nagranie Decci jest o wiele młodsze, to coś tam poszło nie tak i dźwięk sprawia wrażenie nieco spłaszczonego.

Zwycięzca – brak, zarządzam remis

Kategoria ósma – reżyseria (kategoria za 2 punkty)

 Jean-Pierre Ponnelle vs Roberto de Simone

Ponownie – panowie świetnie się spisali, choć każdy dążył do czegoś innego. Oczywiście nie zaskoczę nikogo mówiąc, że punkty idą do Ponnella, bo fenomenalnie udało mu się zachować balans między komediową zgrywą, a romantyczną historią. Dzięki temu, że tworzy film, lepiej zarządza przestrzenią i z łatwością tworzy mini-skecze (scena w której Don Magnifico wydaje rozporządzenia). Sensownie i lekko prowadzi fragmenty absurdalne, a finał jest wyjątkowo ciepły i pogodny.

Roberto de Simone nie ma szans z taką potęgą, jednak pod wieloma względami radzi sobie znakomicie. Zaczynając od tego, że jego „Kopciuszek” to autentycznie szalona komedia. Sceny zbiorowe wychodzą chyba nawet lepiej niż w klasycznym filmie (mistrzowski dialog o trzeciej córce). Podoba mi się, że scenografia jest stonowana i tradycyjna, nie przytłaczając przy tym bohaterów. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to bez wątpienia do nieco nieprzemyślanych kostiumów (Don Ramiro jako lokaj i książę nosi w sumie ten sam ciuch, tyle, że w innym kolorze). Ponadto de Simone nie do końca przemyślał finał, gdzie nie udało mu się przejść zgrabnie z komediowej zgrywy do romantycznego zbiorowego finału. Owszem, podejrzewam, że chodziło o oddanie palmy pierwszeństwa prima donnie, szkoda jednak, że zepchnięto na trzeci plan tylu świetnych śpiewaków-aktorów.

Zwycięzca – Jean-Pierre Ponnelle

Kategoria dziewiąta – najlepszy dyrygent (kategoria za 2 punkty)

Claudio Abbado vs Bruno Campanella

Zawsze mnie fascynowało, dlaczego Claudio Abbado z takim uporem maniaka nagrywał Rossiniego. Wielki włoski dyrygent był od zawsze zwolennikiem przejrzystości, elegancji i wytworności. Nigdy nie szalał z tempami, wolał raczej budować napięcie całymi scenami, oddając dużo miejsca orkiestrze. Działa to genialnie w operach mrocznych i dramatycznych (choćby w „Makbecie”) i tam, gdzie bez dobrej rytmiki daleko się nie zajdzie (np. „Carmen”). Jednak takie podejście wybitnie nie pasuje do komedii.

Przyznać trzeba, że tym razem Abbado prezentuje subtelne poczucie humoru, ma też więcej werwy i spontaniczności niż przy pierwszym nagraniu – to na pewno kompetentna, udana prezentacja dzieła Rossiniego. Jednak Campanella zjadł zęby na belcancie, a w komedii czuje się jak ryba w wodzie. Jest lekko, przezabawnie i z klasą. Punkty wędrują do Decci.

(nie znalazłem nigdzie samej uwertury, więc musiałem wrzucić całość)

Zwycięzca – Bruno Campanella

Wynik:

Nagranie DG – 6,5 punktu

Nagranie Decci – 6 punktów

Komentarz: wynik nie jest żadnym zaskoczeniem. Słynny film Ponnella jest jednym z najlepszych nagrań „Kopciuszka”, to klasyk, który znakomicie przetrwał próbę czasu. Tym niemniej pozycja w reżyserii de Simone ma wspaniałe, ocierające się o geniusz elementy – nie mógłbym sobie odmówić słuchania Gimeneza, Corbelliego, czy podziwiania aktorskich umizgów Dary (nawet jeśli mam świadomość jego problemów wokalnych). Tak więc z czystym sumieniem polecam wersję DG jako pierwszą rekomendację, ale koniecznie dajcie szansę nagraniu Decci.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Przedmowa do Kapryśnego miesiąca

Gdy zobaczyłem swój grafik na czerwiec, szybko policzyłem, że będzie u mnie wybitnie krucho z czasem, nawet jak na moje standardy. A zatem na najbliższy miesiąc muszę obrać inną taktykę.

Najbliższe 4-5 wpisów będzie ukazywać się regularnie, ale wybiorę takie tematy, które chodzą za mną od dawna, ale zdecydowałem się ich nie publikować. Dlaczego? Ponieważ podobne nie cieszyły się dużym wzięciem, pewne zagadnienia omówiłem po krótce w innych wpisach, jeden nawet nie dotyczyłoby opery. Jednak doskonale wiem, o czym chcę w nich opowiedzieć, a więc napisanie ich zajmie mi niewiele czasu.

Mimo wszystko mam nadzieję, że przyszłe wpisy przypadną Wam do gustu.

Pozdrawiam,

Marek Błaszczak

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

Słodko, uroczo i po niemiecku – „Jaś i Małgosia” cz. 3

Dyskografia:

Bez większego problemu możemy odnaleźć kilkanaście pozycji, chciałbym jednak skupić się na pięciu „kultowych” nagraniach:

  1. Elisabeth Grümmer, Dame Elisabeth Schwarzkopf, Else Schürhoff, Josef Metternich, Choirs of Loughton High School for Girls & Bancroft’s School, Philharmonia Orchestra, dyr. Herbert von Karajan (EMI, 1953),
  2. Anne Sofie von Otter, Barbara Bonney, Marjana Lipovšek, Andreas Schmidt, Hanna Schwarz (matka), Barbara Hendricks (Piaskowy Ludek), Eva Lind (Wróżka Rosy), Tölzer Knabenchor, Symphonie-Orchester des Bayerischen Rundfunks, dyr. Jeffrey Tate (EMI, 1989),
  3. Frederica von Stade, Ileana Cotrubas, Elisabeth Soderstrom, Siegmund Nimsgern, Christa Ludwig (matka), Dame Kiri Te Kanawa (Piaskowy Ludek), Chór Dziecięcy Opery w Kolonii, Gürzenich Orchestra, dyr. Sir John Pritchard (Sony, 1978),
  4. Anna Moffo, Helen Donath, Christa Ludwig, Dietrich Fischer-Dieskau, Arleen Augér (Piaskowy Ludek), Lucia Popp (Wróżka Rosy), Tölzer Knabenchor, Münchner Rundfunkorchester, dyr. Kurt Eichhorn (RCA, 1971),
  5. Brigitte Fassbaender, Lucia Popp, Anny Schlemm, Walter Berry, Júlia Hamari (matka), Norma Burrowes (Piaskowy Ludek) , Edita Gruberova (Wróżka Rosy), Wiener Sängerknaben, Wiedeńscy Filharmonicy, dyr. Sir Georg Solti (Decca, 1978).

Nagranie Karajana jest już klasykiem, któremu żadna konkurencja nie może zagrozić. Jak wspominała (nieco złośliwie) Elisabeth Schwarzkopf, „był to ten okres, kiedy maestro miał czas na gruntowne przestudiowanie partytury”. Karajanowi udało się połączyć dwie pozornie sprzeczne racje: choć dzieło pozostało uroczą operą dla dzieci, dyrygent poprowadził partyturę lirycznie i z pompą (ale daleko mu do pustej monumentalności). To jedno z jego najciekawszych nagrań. Dwie Elżbiety są po prostu idealne, a Josef Matternich prezentuje znakomitą, wolną od ciężkiej, germańskiej maniery interpretację ojca. Elsa Schürhoff to mało odkrywcza Wiedźma, ale śpiewa znakomicie. Dobra reszta obsady, znakomity chór i orkiestra. Bez wątpienia pierwsza rekomendacja.

Jeżeli ktoś chciałby spróbować czegoś bardziej współczesnego, to nagranie Tate’a jest oczywistym wyborem. Dyrygentowi może nie udaje się uchwycić tak wielu niuansów jak Karajanowi, ale całość prowadzi lekko i wesoło, skupiając się na prostej, baśniowej opowieści. Efekt końcowy jest jak najbardziej zadowalający. Obsada wcale nie stoi na straconej pozycji, przeciwnie – von Otter i Bonney dzielnie stają w szranki z legendarnymi śpiewaczkami, a obsada drugoplanowa jest nawet lepsza (najlepsza matka w interpretacji Hanny Schwarz, groźna i egzotyczna Marjana Lipovšek jako Wiedźma). Dźwięk jest jak najbardziej współczesny. Piękna pozycja, godny konkurent Karajana.

Trzeci świetny wybór to nagranie Pritcharda – ciepłe, liryczne i pełne niewinnego wdzięku. To jedno z jego największych osiągnięć. Soliści może nie prezentują przesadnie złożonych interpretacji, ale są w wielkiej formie wokalnej i żadne nie wychodzi przed szereg (co w tej operze jest akurat bardzo ważne). Wybór Christy Ludwig do roli matki jest nieco dziwny, ale na szczęście Elisabeth Soderstrom jako Wiedźma spisuje się znakomicie. Unikniemy więc pytań w stylu „ale po co dawać genialnej Wiedźmie inną rolę i ściągamy kogoś nowego?” Kolejne piękne cacko.

W nagraniu RCA największy problem sprawia mi… inżynier dźwięku. Kurt Eichhorn prowadzi orkiestrę może nie po mistrzowsku, ale przyzwoicie, natomiast z powodu montażu odnoszę wrażenie jakby jego orkiestra grała z kilkusekundowym opóźnieniem, nie bacząc w ogóle na wysiłki solistów. Helen Donath i Anna Moffo pięknie śpiewają (choć jakoś nie mogę przekonać się do chłopięcości tej drugiej), a Ludwig i Fischer-Dieskau prezentują wybitne kreacje. Wielki baryton brzmi nieco po mozartowsku, ale tutaj może sobie na to pozwolić, zaś Ludwig z niewiarygodnym wdziękiem skacze między komediowym zacięciem, a baśniową upiornością.

Nagranie Soltiego zebrało świetne recenzje, jednak ja nie mogę się do niego przekonać. Zarzut mam głównie do dyrygenta, który bez wątpienia prowadzi orkiestrę sprawnie i rzeczowo (ma do tego świetny zespół), ale traktuje operę jakby była to niemiecka komedia rodem z Webera lub Nicolaia. Soliści znakomici, ale śpiewają jak im dyrygent kazał. Podsumowując, powstała piękna operowa lektura, która z baśnią dla dzieci ma niewiele wspólnego.

Nagrania DVD:

  1. Brigitte Fassbaender, Edita Gruberova, Sena Jurinac, Hermann Prey, Helga Dernesch (matka), Wiener Sängerknaben, Wiedeńscy Filharmonicy, dyr. Sir Georg Solti (DG, 1981).
  2. Alice Coote, Christine Schafer, Sir Philip Langridge, Alan Held, Rosalind Plowright (matka), Lisette Oropesa (Piaskowy Ludek, Wróżka Rosy), chór i Metropolitan Opera Orchestra and Chorus, dyr. Wladimir Jurowski (DG, 2007 – po angielsku).
  3. Frederica von Stade, Judith Blegen, Rosalind Elias, Michael Davlin, Jean Kraft (matka), chór i Metropolitan Opera Orchestra and Chorus, dyr. Thomas Fulton (DG, 1982 – po angielsku).

Przede wszystkim trzeba pochwalić Soltiego za odrobienie lekcji po nagraniu CD. Tym razem całość płynie lżej i bardziej baśniowo. Dysponuje świetną orkiestrą i niezłym chórem. Ciężko uwierzyć w dziewczęcość Gruberovej, ale mimo wszystko możemy uznać jej występ za udany. Fassbaender jest fantastycznym Jasiem, a Prey doskonałym ojcem. Najbardziej kontrowersyjnym punktem obsady jest dla mnie wybór dobiegającej do emerytury Seny Jurinac. Decyzja by obsadzić mozartowsko-straussowski sopran/mezzosopran w roli pisanej z myślą o raczej niższym rejestrze, mogła pogrzebać całe nagranie. I choć przyznam, że miejscami Wiedźma brzmi „za ładnie”, to wielka primadonna wie jak się dobrze bawić. Niestety, skrzywdził ją trochę reżyser, robiąc Wiedźmę nie tyle przerażającą lub zabawną, ile… dziwną. Skoro już o tym mowa, ciężko mi jednoznacznie ocenić produkcję. Z jednej strony mamy proste, klasyczne pomysły i ładną scenografię, z drugiej – nigdy nie przekonywała mnie idea robienia filmu operowego na deskach teatru (z podkreśleniem, że jesteśmy w gmachu opery). Niektóre pomysły są świetne (rozmowa rodziców, początek aktu III), innych nie rozumiem (wnętrze domku Wiedźmy), widowiskowy galop też niespecjalnie natchnął reżysera. Dobra, choć niewybitna wersja.

Współczesna produkcja z Metropolitan Opera to prawdziwy roller-coster jakości – z jednej strony elementów euro-trashu mamy w nadmiarze, całość jest przesadnie brutalna, niepotrzebnie kontrowersyjna i zwyczajnie głupia. Z drugiej strony, jedna rzecz wyszła reżyserowi przednio – wątek Wiedźmy. Pomysł by przeobrazić ją w burtonowską wersję Margaret Rutheford i powierzyć ją tenorowi jest tak szalony, że ręce same składają się do braw. W dodatku była to ostatnia wielka rola wybitnego, przedwcześnie zmarłego tenora, Sir Philipa Langridge’a – choćby dla niego warto dać tej płycie szansę. Pozostali soliści prezentują solidny, acz niewybitny poziom (nie licząc słabej Rosalind Plowright), za to Jurowski świetnie dyryguje. Polecam obejrzeć, kupić już niekoniecznie.

Nie mogę nigdzie natrafić na nagranie Thomasa Fultona. Ze znalezionych w internecie fragmentów wygląda to na klasyczną, udaną produkcję w dobrej obsadzie. Niestety, widziałem za mało by wystawić pełną opinię. Załączam z lojalności do innych recenzentów, którzy wystawiają tej płycie wysokie noty.

Zapamiętajcie proszę chociaż tyle:

  1. „Jaś i Małgosia” to jedna z najczęściej wystawianych oper na świecie,
  2.  Początkowo miał to być zbiór piosenek dla dzieci, jednak szybko przeobraził się w większy projekt,
  3. Rola Wiedźmy jest wykonywana zarówno przez mezzosoprany/alty, jak i tenorów,
  4. Operę chętnie grywa się w angielskojęzycznej wersji,
  5. Jest to zdecydowanie najpopularniejsza niemiecka opera stworzona pomiędzy Wagnerem, a Richardem Straussem.
Opublikowano Uncategorized | 2 komentarze

Słodko, uroczo i po niemiecku – „Jaś i Małgosia” cz. 2

Komentarz: słuchając „Jasia i Małgosi” nietrudno się domyślić przyczyn sukcesu. Partytura aż skrzy się od pozornie prostych i chwytliwych numerów, zaś libretto sunie z niewiarygodnym wręcz wdziękiem. Jednocześnie pozostaje utworem przeznaczonym dla dzieci, co w muzycznych kronikach zdarza się raczej rzadko (a prawie wcale na takim poziomie).

Libretto prezentuje się wręcz znakomicie, ułagadzając i wyjaśniając niektóre do dziś wątpliwe fragmenty baśni. W oryginale dzieci zostały porzucone przez niegodziwą matkę i męża-pantoflarza, obecnie modne jest „robienie” macochy. Tu całość zgrabnie przerobiono na chwilowy (i w sumie uzasadniony) wybuch gniewu, z daleko idącymi konsekwencjami. Jednocześnie dobrze nakreślono sytuację w domu i wyjaśniono dlaczego dzieci musiały zostać dłużej w lesie.

Wizyta w domu Wiedźmy to popis trzech prostych, ale bardzo rezolutnych bohaterów, z których ten trzeci musiał przegrać w konfrontacji z mistrzowsko działającym duetem. Choć żaden z bohaterów nie może pochwalić się przesadną głębią psychologiczną, każda postać jest na tyle interesująca by nie znudziły się zarówno dzieci, jak i dorośli widzowie. Tworząc parę głównych bohaterów, Humperdinck obrał bardzo oryginalną ścieżkę – są oni nierozerwalnym duetem, spędzających każdą wspólną chwilę na scenie. Żadne z nich nie ma wielkiej, wybijającej się arii ani żadnego osobistego wątku. Z tego powodu, solistki śpiewające główne role muszą nie tyle skupić się na skomplikowanej partii wokalnej, ile na przekonującej grze głosem (zadbać by barwa i frazowanie brzmiały dziecięco) oraz na bezwzględnie skutecznej współpracy z drugą solistką. „Jaś i Małgosia” zniosą solistki przeciętne, egocentryczne – nigdy.

Uwertura splata się wokół trzech kluczowych elementów – dostajemy wątek boskiej opieki, dzięki której dzieci mogły przeżyć trudną noc w lesie, motyw dziecięcych zabaw (w końcu to opera dla dzieci!) i triumfalny pochód dobra (który powróci w scenie odczarowywania dzieciaków). Humperdinck z niewiarygodnym mistrzostwem operuje między ludowymi piosenkami i melodiami (zabawy dzieci w pierwszej scenie, słynna modlitwa z końca aktu II), jednocześnie bawiąc się motywami przewodnimi (galop czarownicy) i swobodnymi muzycznymi deklamacjami, bliższym Wagnerowi, a nawet późnemu Verdiemu niż niemieckim kompozytorom z początków XIX wieku.

Osobną historią jest rola czarownicy, jednego z najwspanialej upichconych czarnych charakterów w dziejach opery. Zaczynając od prezentacji – o wiedźmie dowiadujemy się już w akcie pierwszym, jednocześnie czekając aż do trzeciego. Groźne interludium pozwala pobudzić wyobraźnie dzieci (a także tych starszych widzów), którzy do momentu pojawienia się schwarzcharakteru, będą mogli stworzyć sobie niezliczone, przerażające obrazy. Podobną taktykę zastosował wcześniej Giuseppe Verdi w „Don Carlosie” (Wielki Inkwizytor, którego poznajemy dopiero w akcie IV).

Tymczasem wiedźma pojawia się cicho, by nie powiedzieć wręcz skromnie. Lecz wraz ze zdobyciem coraz większej przewagi, obłęd czarownicy staje się bardziej oczywisty. Jednak zarówno kompozytor, jak i jego siostra decydują się wzbogacić ją w elementy komediowe, tworząc tym samym przeciwnika barwnego, komicznego, ale wciąż groźnego. Nie dziwota, że zarówno największe alty, jak i znani tenorzy tak chętnie podejmowali się tej oryginalnej roli. Nie mogę nie wspomnieć o słynnym cwale, nawiązującym do jazdy słynnych dziewcząt w rogatych hełmach z opery wiadomego kompozytora…

Rodzice zostali nie do końca sprawiedliwie podzieleni. Choć matka dysponuje prostą i, szczerze powiem, niezbyt pociągającą arią, to cała uwaga skupia się na ojcu. I w sumie nie ma się czemu dziwić – jeśli w rolę czarownicy wcieli się śpiewaczka, będzie on jedynym męskim głosem tego wieczoru. Jego niewiarygodnie wpadającą w ucho piosenkę powinniśmy nucić po wyjściu ze spektaklu, tym bardziej, że dostajemy ją w dość nietypowej repryzie na sam koniec utworu.

Zarówno Wróżka, jak i Piaskowy Ludek nie są może mini-rolami na miarę księcia Gremina, czy Czterech służących z „Opowieści Hoffmanna”, potrafią jednak dostarczyć rozrywki do tego stopnia, że do nagrań chętnie zaprasza się młode, obiecujące sopranistki.

Najbardziej zastanawiający jest chór dziecięcy. Zacznijmy od tego, że w przeciwieństwie do „Don Pasquala”, przedsiębiorczy dyrektor teatru nie będzie miał jak go wyciąć, jest zbyt mocno wpleciony w strukturę finału. Z drugiej strony młodzi chórzyści mają raptem ze cztery minuty do pośpiewania. Nie widzę też sensownego uzasadnienia, dlaczego w ogóle wciśnięto ich w tę historię. Może była to pozostałość z pierwotnego projektu widowiska? Nie zmienia to faktu, że finał to kilka niezwykle pięknych minut.

Humperdinck w cudowny sposób złączył kilka pozornie skrajnych elementów – jego dzieło było wówczas ambitnym i nowoczesnym przedsięwzięciem, jednocześnie wystarczająco prostym, by sprowadzić do teatru nie tylko konserwatywną publikę, ale też niespecjalnie zainteresowane operą dzieciaki. W dzisiejszych czasach ktoś taki zrobiłby furorę w Hollywood. W muzyce klasycznej stworzenie jednego arcydzieła, niestety, nie wystarcza. Cóż, przynajmniej stworzył bodajże jedyne niemieckie dzieło dowodzące, że pomiędzy Wagnerem, a Richardem Straussem można było znaleźć miejsce dla siebie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Słodko, uroczo i po niemiecku – „Jaś i Małgosia” cz.1

Nie wiem jakim cudem pominąłem do tej pory „Jasia i Małgosię”, jedną z moich absolutnie ulubionych oper. Owszem, była recenzja z MET, raz czy dwa wspomniałem o niej w rankingach, ale to nie to samo co pełnoprawny, kilkuczęściowy wpis.

Jaś i Małgosia – opera w 3 aktach

Muzyka – Engelbert Humperdinck

Libretto – Adelheid Wette (na podstawie baśni Braci Grimm)

Prapremiera – opera w Weimarze, 23 grudnia 1893

Jaś – mezzosopran (lub sopran)^

Małgosia – sopran^

Gertruda, ich matka – mezzosopran,

Piotr, ich ojciec – baryton^

Wiedźma – mezzosopran (lub tenor; jeśli wiedźmę śpiewa mezzosopranistka, zdarza się, że ta sama solistka śpiewa Gertrudę)^

Piaskowy Ludek i Wróżka Rosy (zwykle grane przez tę samą solistkę) – sopran 

Uwięzione przez wiedźmę dzieci, aniołowie, echo

Akcja rozgrywa się w lesie, gdzieś w średniowiecznych Niemczech

Akt I –  w domu Piotra miotlarza nastały ciężkie czasy. Pieniędzy nie ma, z jedzeniem też krucho, a zamówień na miotły ani widu, ani słychu. Jaś i Małgosia strugają miotłę za miotłą. Jaś jest przygnębiony, a na sugestię Małgosi, że „Bóg zawsze rękę poda”, odpowiada, że dobrym słowem jeszcze nikt się nie najadł.  By go pocieszyć, wyjawia, że dobry sąsiad podarował mamie bańkę z mlekiem. Dziś na kolację będzie pudding! Dzieci tańczą i skaczą z radości (duet Bruderchen, komm, tanz mit mir). Niespodziewanie wraca matka. Wrzeszczy na dzieci, dlaczego zabawiają się zamiast pracować. Na domiar złego w trakcie awantury po truskawki. Z rozpaczą ogląda swój nędzny dobytek i błaga Boga o pomoc.

Po chwili słyszy radosny śpiew Piotra (Ra lal la la!). Nieco podchmielony małżonek  opowiada o wielkim szczęściu – nie dość, że sprzedał wszystkie miotły, to jeszcze po najwyższej cenie! Po chwili wspólnej radości, Matka opowiada najpierw o stłuczonej bańce, potem o wyprawie po truskawki. Dobry humor Piotra znika jak ręką odjął – przecież w lesie mieszka straszna czarownica! (Eine Hex’ steinalt). Niezwłocznie ruszają na ratunek.

(preludium w rytmie galopu czarownicy)

Akt II – Jaś uwija się z truskawkami, a Małgosia zbiera kwiaty na wianek. Początkowo poirytowany chłopak w końcu zgadza się na zabawę, jak tylko skończy. Gdy kosz jest wreszcie pełny, składa hołd „Małgosi-królowej lasu” i łaskawie częstuje ją truskawką. Zmęczone dzieci odpoczywają pod drzewem. Wsłuchując się w głos kukułki, odruchowo podjadają owoc za owocem. Kosz znów jest pusty… Nie ma wyjścia – muszą zostać tu na noc.

Jaś słyszy kroki Piaskowego Dziadka, ale na pytanie „kto tam?” odpowiada mu jedynie echo. Dzieci odmawiają pacierz i idą spać (Abends, will ich schlafen gehn). Aniołowie czuwają nad ich bezpieczeństwem.

(scena nocnego snu)

Akt III – Dzieciaki zostają zbudzone przez Wróżkę Rosy (Taumann). Są przekonane, że to wszystko było dziwnym snem. Po chwili marszu trafiają na niezwykły, piernikowy dom. Dzieci radośnie przystępują do konsumpcji. Są jednak zbyt nieostrożne i nie reagują na krzyki Czarownicy. Ta nie ma zamiaru przepuścić okazji i łapie Jasia za pomocą siatki na motyle. Przedstawia się jako pani Rosine Leckermaul, która kocha wszystkie dzieci. A skoro są głodni, to zaprasza do środka – w domu czeka na nich mnóstwo jedzenia.

Jaś nie jest w ciemię bity i szybko uwalnia się z siatki – dość tych głupich żartów, czas wracać do domu. Słuszna decyzja, niestety podjęta za późno. Czarownica unieruchamia ich przy pomocy magii (Halt!). Zaciąga dzieciaki do swej upiornej kryjówki – Jasia wrzuca do klatki, a na Małgosię rzuca urok. Odtąd dziewczynka musi podążać tam, gdzie tylko zechce wiedźma. Rezolutny chłopak szepcze siostrze, by była posłuszna czarownicy, może wiedźma popełni jakiś błąd.

I nie myli się: kiedy Małgosia nakrywa do stołu, czarownica w upojnym szale zdradza, że utuczy Jasia, a dziewczynkę jeszcze dziś wrzuci do piekarnika (słynny galop Hurr hopp hopp hopp). Jaś podsuwa półślepej bestii kość zamiast palca. Rozczarowana wiedźma musi poczekać z ewentualną konsumpcją. Korzystając z okazji, Małgosia podkrada czarownicy różdżkę. Gdy ta nie patrzy, zdejmuje z siebie czar i uwalnia brata.

Wiedźma prosi dziewczynę by sprawdziła, czy pierniczki są już gotowe. Jaś cichcem ostrzega siostrę. Ta udaje idiotkę i wmawia czarownicy, że nie wie jak działa piec. Kiedy roztrzęsiona wiedźma otwiera drzwiczki i demonstruje wszystkie funkcje piekarnika, Jaś wymyka się z klatki i dzieciaki wspólnie wpychają ją do pieca. Nastał koniec ich niewoli! (Juchnei! Nun ist die Hexe tot!).

Czarownica przepadła, a rodzeństwo może wreszcie usłyszeć śpiew zamienionych w pierniki dzieci. Jaś nie bardzo ma pomysł jak im pomóc, ale Małgosia radośnie używa różdżki. Wszyscy są wolni! Chwilę później słychać wołania ojca – rodzina i uwolnione dzieci dziękują Bogu za ratunek. Na koniec czas na słodką zemstę – czarownica jest już odpowiednio dopieczona…

Historia i kariera dzieła: jak to często bywa, wielkie arcydzieła rodzą się przypadkiem. Humperdnick otrzymał zamówienie od… własnej siostry. Przygotowała teksty piosnek dla dzieci, idealne na świąteczne przedstawienie i brakowało jej jedynie  oprawy muzycznej. Kompozytor zabrał się do pracy i szło mu znakomicie. Projekt szybko rozrósł się do wymiarów pełnoprawnej opery. Prapremiera odniosła gigantyczny sukces. Niestety, Humperdnick podzielił los Cherubiniego, Webera, Leoncavalla, Giordana i Cilei, tworząc tylko jedno dzieło, które trafiło do żelaznego repertuaru operowego…

Na razie cieszmy się triumfem – sam Richard Strauss poprowadził dzieło na prapremierze, a rok później operą dyrygował Gustav Mahler. W 1894 zadebiutowała w Szwajcarii i Wielkiej Brytanii, a w 1895 – w Ameryce. W 1907 zaśpiewano ją po raz pierwszy w Melbourne. Choć jest grana na całym świecie, operę szczególnie umiłowały kraje angielskojęzyczne, chętnie wystawiając je na Boże Narodzenie. To właśnie ta opera otworzyła długą historię transmisji z Metropolitan Opera (1931). Oczywiście, zgodnie z ówczesną tradycją, stworzono wersję angielskojęzyczną (a później następną i następną… – w tym przypadku nikt nie naciska na trzymanie się oryginalnej wersji językowej). Z innych zmian warto wspomnieć o przetransponowaniu roli wiedźmy dla tenorów, także tych największych (Sir Philip Langridge, Peter Schreier).

O sukcesie opery mówią liczby – żadna z oper Wagnera nie jest tak często wystawiana, a w niemieckojęzycznym zestawieniu przegrywa tyko z „Czarodziejskim fletem” Mozarta. W ciągu ostatnich 5 lat wystawiono ją 1629 razy w 299 produkcjach!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz