Urlop

Myślałem, że zdążę jeszcze zrobić wpis, ale w pracy miałem więcej roboty niż przypuszczałem.

Przez najbliższe dwa tygodnie nie będzie wpisów, nie będę miał dostatecznego dostępu do internetu – pozdrawiam wszystkich Czytelników i życzę udanych wakacji!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Koniec epoki Ewy Michnik

31.08.2016 zakończą się najsłynniejsze rządy operowe w Polsce: Ewa Michnik-Szynalska przestanie być dyrektorką Opery we Wrocławiu. Dwadzieścia jeden lat na ważnym stanowisku administracyjnym w naszym kraju to wyczyn imponujący, rzadki niczym jednomyślne głosowanie w parlamencie.

Przy takich okazjach zawsze pojawia się to samo pytanie – czy faktycznie możemy tu mówić o zasłużonych dwóch dekadach, gdzie sukcesy administracyjne i artystyczne rosły jak grzyby po deszczu, czy może jej odejście było jedną z tych decyzji, które każdy skomentuje w stylu „No w końcu! Co tak długo?!”

Mała Ewa i jej „ciotka”

Ewa Michnik urodziła się w uzdolnionej muzycznie rodzinie, gdzie nikt nie zajmował się muzyką profesjonalnie – prawie wszyscy parali się medycyną lub farmaceutyką. Początkowo niechętni muzycznym zapałom córki rodzice, w końcu ulegli i pozwolili jej przystąpić do egzaminów. Jej pierwszym kierunkiem studiów była gra na fortepianie (swoją drogą, fortepianistyka brzmi całkiem ładnie, szkoda, że nie ma takiej nazwy), później zainteresowała się dyrygenturą i prowadzeniem chóru. W 1972 udało jej się uzyskać stanowisko drugiego dyrygenta Filharmonii Zielonogórskiej. Jej sytuacja materialna znacząco się poprawiła, zamieszkała razem z córką i matką (po śmierci ojca w 1957, rodzina znacznie zubożała, więc młoda dyrygent wzięła matkę pod opiekę). Prowadziła cykl koncertów z Filharmonią Wrocławską, ale ostatecznie wróciła do Krakowa. Od 1981 do 1995 piastowała stanowisko dyrektora Opery w Krakowie. Otrzymywała dobre recenzje i udało jej się wystawić kilka rzadko wznawianych dzieł (podobno jak ogłosiła w prasie, że na otwarcie sezonu będą „Poławiacze pereł”, wojewoda został zalany donosami wieszczącymi, że nikt na spektakl nie przyjdzie). Niestety, nie udało jej się zrealizować swojego wielkiego marzenia by za swojej kadencji zbudować porządny teatr operowy w naszej dawnej stolicy.

Zdecydowała się na opuszczenia Krakowa i przyjęcie stanowiska dyrektora Filharmonii Poznańskiej. Jednak kilka tygodni później podobna oferta przyszła z Opery Wrocławskiej. Jak sama powiedziała, zdecydowała się wybrać Wrocław, bo czuła do niego ogromny sentyment: niegdyś  śpiewała tam jej „ciocia”, Franciszka Platówna. Znana wrocławska śpiewaczka operowa, została odkryta przez dziadka Ewy Michnik. Klan Michników wspomógł ją finansowo, dzięki czemu dziewczyna dostała się do konserwatorium we Lwowie i została solistką Opery Lwowskiej, a później śpiewała we Wrocławiu. To właśnie ona pierwszy raz zaprowadziła małą Ewę do Wrocławia…

Trudne początki

Pierwsze lata nie należały do najprostszych: opera tonęła w długach, muzycy zastrajkowali, a sam budynek miał lada dzień przejść generalny remont. Największym jednak problemem był strajk generalny prawie wszystkich pracowników instytucji, prowadzony przez „Solidarność” – protest przybrał wymiar polityczny, sam Marian Krzaklewski uznał go za największy sukces „Solidarności” 1995 roku. Na szczęście dla wszystkich, panią Michnik popierał wojewoda, który ułatwił prowadzenie przedstawień w Hali Stulecia, w kilku kościołach, czy na Wzgórzu Partyzantów. Ewie Michnik udało się w końcu oswoić orkiestrę – częściowo sama wybiła im oręż z ręki, prowadząc w pierwszym sezonie operę Cimarosy „Impresario w opałach” (gdzie aluzja kto jest biednym kierownikiem, a kto bezdusznym artystą była nader oczywista), częściowo pomogły jej pierwsze sukcesy artystyczne. Szczególnie ważne było przedstawienie „Strasznego dworu” przygotowanego specjalnie dla członków Kongresu Eucharystycznego (w 1997) oraz „Aida” – jej pierwsza superprodukcja w Hali Stulecia.

Udało się – spektakle odniosły sukces, strajki orkiestry straciły na sile, a Opera Wrocławska została wyremontowana. Opera Wrocławska weszła w nową epokę…

Co się przez te lata udało?

Ciężko przy tak długiej kadencji zebrać sam zestaw wad, podobnie jak ciężko wskazać wieloletniego dyrektora opery z nieskazitelnym CV. Bez wątpienia ogromnym sukcesem Ewy Michnik było poprowadzenie zespołu w czasach kryzysu – można by wyliczać w nieskończoność ile rzeczy mogło się nie udać, kiedy budynek opery był w remoncie, a orkiestra się burzyła.

Ale i w czasie pokoju znajdziemy całą masę pozytywów. Po pierwsze, nowej dyrektorce udało się znacząco poszerzyć repertuar: to w Operze Wrocławskiej po raz pierwszy w Polsce wystawiono „Kobietę bez cienia”, wystawiono chyba najgłośniejszy w III RP cykl „Pierścienia Nibelunga”, wprowadzono rzadziej wystawiane dzieła („Kawaler srebrnej róży”, „Joanna d’Arc”,”Król Roger”), choć większym sukcesem było wprowadzenie licznych pozycji ze współczesnego repertuaru („Raj utracony”, „Czarnoskrzydłych snów”, czy świetna „Pułapka” do sztuki Różewicza, skomponowana przez Krauzego specjalnie na zamówienie opery).

Kolejnym znaczącym sukcesem było pozyskanie sponsorów – Wrocław w ciągu ostatnich 15 lat znacząco się wzbogacił, a kilka (jeśli nie kilkanaście) wielkich korporacji wybudowało swoje centra finansowe i fabryki (na wielkie centra technologiczne jeszcze musimy poczekać). Jeżeli Opera Wrocławska chciała bawić się w wielkie widowiska, wystawiać nowe dzieła i tworzyć nowe produkcje, niezbędne było pozyskanie dodatkowych pieniędzy, które ostatecznie udało się zdobyć.

Operze Wrocławskiej udało nawiązać się kontakt z towarzystwami wagnerowskimi, dzięki czemu na spektakle oper mistrza z Bayreuth przyjechały całe rzesze Niemców. Od tego czasu coraz częściej pojawiają się widzowie zagraniczni. A co za tym idzie, opera może pochwalić się lepszą frekwencją i lepszymi wynikami ze sprzedaży biletów.

Mając w pamięci poziom spektakli z początku wieku, trzeba zauważyć, że poza zdyscyplinowaniem zespołu, znacząco poprawił się poziom samej gry.

Poza normalnymi spektaklami, Ewie Michnik udało się wprowadzić nowy cykl „Gwiazdy Metropolitan Opera w Operze Wrocławskiej”. Wielkie gwiazdy może nie przyjeżdżają zbyt często, ale póki co udało się sprowadzić Ewę Podleś, Violetę Urmanę, czy Piotra Beczałę. Zobaczymy jak cykl będzie się rozwijał.

No i oczywiście superprodukcje: oczywiście można zarzucić, że całość ma nierzadko charakter pseudoartystycznej hucpy, masa produkcji była fatalnie zorganizowana, ale z drugiej strony cała masa Wrocławian zainteresowała się operą i udało się zapełnić kilkutysięczną widownię, co w skali naszego kraju jest ogromnym sukcesem.

A co nie wyszło…

Nie można jednak pominąć kilku istotnych problemów: pierwszym istotnym niedociągnięciem jest praktyczne poświęcenie baletu na rzecz opery. Nie licząc „Córki źle strzeżonej”, od kilku dobrych lat nie było ani jednej premiery, a podczas normalnych przedstawień, muzyka grana jest… z płyt CD. Nie mówiąc o tym, że podczas zwyczajnych spektakli operowych baletnicom zdarzają się wpadki i to takie, które łatwo wychwycić (np. baletnica upuści rekwizyt albo się potknie). Generalnie staram się chodzi na spektakle, gdzie raczej nikt nie będzie tańczył.

Choć chętnie wprowadzano nowy repertuar, Ewa Michnik mocno zaniedbała barok. Sama dyrygent broniła się tym, że byłby to zbyt duży koszt (inna orkiestra, inne kostiumy i oczywiście inny zespół wokalny). W sumie racja, ale czy nie dałoby się dogadać np. z Narodowym Forum Muzyki by mogli odgrywać spektakle w gmachu opery?

Kolejnym, raczej nieuniknionym problemem każdego domu operowego, jest nierówny poziom produkcji. Dla przyzwoitości wspomnijmy świetne spektakle „Borysa Godunowa”„Cyganerii”Cyrulika sewilskiego”„Pułapki”„Strasznego dworu”, czy „Raju utraconego”. Ale zdarzają się też straszne szmiry, by wymienić wśród najgorszych „Wesele Figara”„Halkę” lub „Madama Butterfly”Takie spektakle szczególnie źle zapadają w pamięć przy superprodukcjach, jak na przykład przy „Poławiaczach pereł”, czy  „Napoju miłosnym”. 

W wywiadzie, który udzieliła Jackowi Hawrylukowi, Ewa Michnik podkreśliła jak ważne jest dla niej młode pokolenie. Nie wiem, czy to przypadek, ale przy ostatnich spektaklach non-stop widzę dokładnie tę samą obsadę. Doszło do tego, że oglądając „Borysa Godunowa” i „Otella”, to ci sami panowie grali w pięciu głównych męskich rolach! A skoro o tym mowa, to nawet przy najnowocześniejszych produkcjach, które nierzadko są złe, reżyserzy zapomnieli zadbać o stronę aktorską i bardzo wielu solistów gra jakby przez ostatnich 100 lat w manierze aktorskiej śpiewaków operowych nic się nie zmieniło.

No i oczywiście dobrze znany wszystkim Wrocławianom, mąż Ewy Michnik, Bogusław Szynalski. W swoim czasie był niezłym śpiewakiem, ale powiedzmy sobie szczerze – od kilku lat nie dał ani jednego dobrego występu, ledwo przebijając się przez orkiestrę, prezentując wybitnie ograniczony ruch sceniczny. Do tego nie zadowala się drugim planem i śpiewa główne role w wielkich produkcjach. Wyłożył niejeden spektakl, co gorsza grzebiąc wysiłek swoich kolegów. Ciężko znieść dobrze dyrygowane przedstawienie „Borysa Godunowa” z niezłą obsadą i w fantastycznej produkcji, jeśli nasz Borys w kluczowych scenach nie jest w stanie zrobić choćby kroku. Nie do końca też rozumiem, dlaczego tak często śpiewający solista ma (podobno) kontrakt na „występy gościnne” (choć oczywiście może istnieć sensowne wyjaśnienie).

Z innych rzeczy warto wspomnieć dość podejrzanej aferze finansowej w 2015 roku, za którą poleciał ze stanowiska Janusz Słoniowski, zastępca Ewy Michnik. Samej dyrygent nic nie udowodniono, więc nie będę tego rozwijał, na pewno znajdziecie więcej w internecie.

Podsumowanie:

Pomimo pewnych niedociągnięć i niezrealizowanych projektów, całą kadencję Ewy Michnik oceniam pozytywnie: nowe spektakle, postawienie gmachu na nogi, poprawa stanu finansów instytucji (choć długi dalej są), superprodukcje. Bez wątpienia pozostawiła Operę we Wrocławiu w bardzo dobrej kondycji. Jednak zgadzam się z komentarzem dziennikarki z”Polityki”: widać wyraźnie, że lepsza była pierwsza połowa kadencji, a w przedstawienia wkradła się może nawet nie tyle rutyna, ale pewne znużenie i samozadowolenie raczej niedopuszczalne w świecie sztuki (przynajmniej w długim okresie). Będę bardzo dobrze wspominał władzę Ewy Michnik, jednak wydaję mi się, że przeszła na emeryturę w dobrym momencie.

Opublikowano Uncategorized | 1 komentarz

200 tys. wyświetleń – 10 pominiętych śpiewaków cz. 2

VI

Imię i nazwisko: Paolo Montarsolo

Narodowość: Włoch

Kariera: urodził się w 1925 roku w Portici. Studiował najpierw w Neapolu, później w Mediolanie. W 1949 roku zadebiutował w San Carlo, szybko porzucając repertuar dramatyczny na rzecz komedii i intermezzów. W 1951 roku zadebiutował w La Scali, a w 1954 – w Covent Garden, Wiedeńskiej Operze Państwowej, Paryżu i na festiwalu w Salzburgu (pracowity rok). W 1957 po raz pierwszy zaśpiewał w Dallas. W latach 70-tych i na początku 80-tych zagrał w trzech filmach Jean-Pierre Ponnelle’a („Cyrulik sewilski”, „Wesele Figara”, „Kopciuszek”). Wykonywał repertuar prawie wyłącznie komediowy, ale był regularnie zapraszany przez największe sceny operowe świata. Przystopował nieco karierę w połowie lat 80-tych, ale skończył ze śpiewaniem dopiero w 1997. Później zajął się reżyserią i nauczaniem. Zmarł w 2006 roku.

Ciekawostka – podczas jednego ze spektakli w Chicago, Montarsolo i Abbado wykręcili niezły numer. W scenie gdzie Don Magnifico ma zerwać z siebie perukę i cisnąć ją na podłogę, Montarsolo rzucił nią w dyrygenta, który ostentacyjnie krzyknął „Ała!”. Ponoć publiczność potrzebowała czasu, by zrozumieć, że to nie było na poważnie…

Za co go uwielbiam: po Enzo Darze bez wątpienia największy bas komediowy naszych czasów. W sumie porównania do Dary są nieco niewłaściwie, bo choć panom trafiały się te same role (Dulcamara, Don Magnifico, Don Pasquale), to jednak ich głosy znacząco się różniły – Dara to bas-baryton, któremu zdarzało się śpiewać typowo barytonowe role (ba, był nawet hrabią Almaviva w „Weselu Figara”), Montarsolo to już bas pełną gębą. Idealnym ucieleśnieniem włoskiego komicznego belcanta był ich sojusz w „Cyruliku sewilskim”, gdzie Dara był najlepszym w historii Bartolem, a Montarsolo bezbłędnym Basiliem. Choć nie miał genialnego talentu Dary do „ślizgania się” po szybkich, komicznych frazach, to wciąż piękny, giętki bas, o większej mocy niż u swojego kolegi.

Montarsolo to wybitnie uzdolniony włoski basso cantante, o gigantycznym talencie komediowym. Był typem dowcipnego, pełnego życia włoskiego dżentelmena, który cały swój niewinny, komediowy temperament przeniósł na scenę. Mało kto umiał tak zaskarbić sobie ludzką sympatię.

Dyskografia: przede wszystkim trzy wielkie filmy Jean-Pierre Ponnellea’a: „Cyrulik sewilski”„Kopciuszek” i mój osobisty faworyt na płytach DVD – „Wesele Figara” z Preyem, Fischerem-Dieskau, Freni, Te Kanawą, Begg i Kraemerem (wszystko DG). Ponadto świetna „Włoszka w Algierze”  (z Horne, Alvą i Darą –  Myto, 1975),  „Cyrulik…” (ten dyrygowany przez Campanellę, z Polą, Serrą, Blakiem, Darą, Nuova Era, 1987), warto też przyjrzeć się filmowej „Służącej panią” („La serva padrona”) z Anną Moffo, choć obawiam się, że nie wiem kto ją wydał (1960). Jeżeli chcecie posłuchać go w bardziej dramatycznej roli, to był Bonzą w najlepszej (moim zdaniem) „Madamie Butterfly” ze Scotto, Bergonzim, di Stasio i Paneraiem (EMI, 1968). O zawodowej współpracy Ponnella z Montarsolem można by mówić długo: po trzech filmach, Montarsolo śpiewa jeszcze na przedstawieniu nagranej na DVD „Włoszki w Algierze” (DG, 1984) z Horne i Levinem (niestety, tenor mocno odstaje) oraz „Cossi fan tutte” (znów sfilmowane, DG, 1984) ze Stratas,Gruberovą, Limą i Furlanetto.

Koniecznie posłuchajcie: La vendetta, Lo conosco, Noi, don Magnifico, La calunnia

 VII

Imię i nazwisko: Alfredo Kraus

Narodowość: Hiszpan

Kariera: urodził się (prawdopodobnie) w 1927 roku w austriacko-hiszpańskiej rodzinie. Jego brat był również śpiewakiem operowym (Francisco Kraus). W 1956 roku zadebiutował w Kairze (jako książę Mantui), dwa lata później w Lizbonie (partnerował Marii Callas w „La Traviacie”). Występ w stolicy Portugalii otworzył mu drzwi ku największym scenom – rok później zadebiutował w Covent Garden, w 1962 śpiewał w Chicago, a w 1966 – w Metropolitan Opera. Jego głos doskonale przetrwał proces starzenia, na poważnie zwolnił z występami dopiero w 1997, gdy zmarła jego żona. Wrócił na scenę po ośmiu miesiącach przerwy, ale zmarł już rok później (niektórzy uważają, że pośrednią przyczyną był tzw. syndrom złamanego serca).

Ciekawostka: Alfredo Kraus nie lubił nagrywać. Uważał, że nagrania w studiu to przeżytek – w latach 80-tych zapewniał, że już wkrótce większość wytwórni będzie się skupiać albo na publikacji starych nagrań na żywo, albo będzie od razu nagrywać spektakle. Wyszło na jego!

Za co go uwielbiam: był to bez wątpienia jeden z największych tenorów XX wieku, choć nie do końca mnie przekonywał w każdej operze – jego bardzo wysoki, niewiarygodnie liryczny, smukły tenor idealnie odnajdywał się we francuskim repertuarze (w którym do dziś jest najwyżej ceniony), belcanto, czy repertuarze hiszpańskim, za to uczciwie powiem, że nie podchodzi mi w Verdim i późniejszym włoskim repertuarze (szczęśliwie, nie interesował się specjalnie werystami). Uwielbiam go szczególnie w rolach melancholijnych, marzycielskich młodzieniaszków, wysublimowanych artystów i prezentujących nienaganne maniery szlachciców. Pozostanie dla mnie mistrzowskim Arturem (nawet jeśli nie śpiewał wysokiego F, którego zresztą nie uznawał), genialnym Werterem (choć tu dla mnie ma konkurencję w osobie George’a Thilla), świetnym kawalerem des Grieux z „Manon”, Nadirem z „Poławiaczy pereł”, Edgarem, Ernestem, Carlosem z „Lindy di Chamounix”, Gennarem z „Lukrecji Borgii”, Hoffmannem i wykonawcą zarzueli. Kraus dysponował jedną z najsolidniejszych technik wokalnych wśród poprzedniej generacji tenorów (jeśli nie najlepszą).

Niech najlepszą rekomendacją jak mądrym i wykształconym człowiekiem był ten wyglądający jak niemiecki zbir z filmów van Damma i Stallona śpiewak, będą słowa Sumi Yo: wskazówki, które podczas występu dał mi Alfredo Kraus, stały najważniejszym momentem mojej muzycznej edukacji. 

Dyskografia: oczywiście „Purytanie” z Caballe, Manuguerrą i Mutim (EMI, 1980), poza tym „Dona Francisquita” z Marią Bayo (Naive 1994), „La tabernera del puerto” (EMI, 1958), „Lukrecja Borgia” ze słynną kreacją Caballe (RCA/Sony, 1966), wydana na DVD „Łucja z Lammermooru” (z Dame Joan Sutherland, DG, 1982), czy nagrana pod batutą Plassona słynna wersja „Wertera” (EMI, 1978).

Koniecznie posłuchajcie: Pourquoi me reveiller, Je crois entende sa voix, Povero Ernesto, A te o cara, d’amore talora.

VIII

Imię i nazwisko: Hermann Prey

Narodowość: Niemiec

Kariera: urodził się, dorastał i kształcił w Berlinie. W wieku 23 lat (w 1952) wygrał nagrodę Hessischer Rundfunk. Początkowo wykonywał głównie pieśni, ale szybko odkrył, że od opery nie ucieknie. W latach 50-tych był stałym członkiem zespołu Wiedeńskiej Opery Państwowej, a od lat 60-tych regularnie śpiewa w Metropolitan Opera. W 1965 zadebiutował w Bayreuth. Uważany za najlepszego niemieckiego barytona po Dietrichu Fischerze-Dieskau i, podobnie jak on, lwią część swojej kariery poświęcił pieśniom i recitalom. W latach 70-tych wystąpił w omawianych już dziś filmach operowych: „Cyruliku sewilskim” i „Weselu Figara” (Figaro). Od 1982 wykłada w Musikhochschule w Hamburgu, a w 1988 wyreżyserował spektakl „Wesela Figara” (na festiwalu w Salzburgu). Zmarł w 1998 roku.

Ciekawostka: również Prey był bardzo oddany swojej żonie. Jak wspomina w swoich pamiętnikach, po każdym wyczerpującym przedstawieniu od razu szedł do małżonki. Przez godzinę-dwie bez przerwy opowiadał jej byle co, byle tylko móc się wygadać i uspokoić.

Za co go uwielbiam: jeden z najbardziej charakterystycznych głosów naszych czasów – nie sposób nie polubić tego lirycznego, jasnego, jakby wiecznie uśmiechniętego barytonu. Prey nie miał w sobie absolutnie żadnego germańskiego zadęcia, kojarzy mi się z tym, jak powinniśmy postrzegać Niemców sprzed epoki pruskiej (czyli zanim stwierdzili, że chcą podbić świat) – był pogodny, wesoły, ale również romantyczny, skłonny do refleksji i szalenie inteligentny. Bez wątpienia był jednym z najsolidniejszych śpiewaków Europy, który może nie zrobił gigantycznej kariery, co nie zmienia faktu, że był solistą absolutnie wybitnym.

Dyskografia: nie jest może zbyt bogata, ale kilka rzeczy się znajdzie: przede wszystkim dwa filmy Jean-Pierre Ponnella („Cyrulik sewilski”„Wesele Figara”), poza nimi warto zwrócić uwagę na „Wolnego strzelca” (z Rudolfem Schockiem, Elisabeth Grummer, Lisą Otto, Karlem Kohnem, Gotlobem Frickiem i Josephem Keilberthem, EMI, 1959). Skoro już jesteśmy przy niemieckim repertuarze, trzeba koniecznie dać szansę mało znanym operom niemieckim, które Prey bardzo chętnie nagrywał: „Kłusownik”„Car i cieśla”„Marta” – wszystko wydane przez EMI. Wśród pieśni, szczególnie warto polecić Schuberta (nagrywanego dla różnych firm, najsłynniejsze jest chyba nagranie Philips [1960], z Gerardem Moorem). Co do bardziej współczesnego repertuaru, nie należy pomijać Arlekina z „Adriany na Naxos” w legendarnym nagraniu Karajana i Schwarzkopf (EMI, 1955). Aha, i pamiętajcie o słynnym „Weselu Figara” (DG, 1968, Karl Bohm dyryguje).

Koniecznie posłuchajcie: Der Vogelfaenger bin ich ja, Erlkönig, Non piu andrai, All’idea di quel metallo.

IX

Imię i nazwisko: Fritz Wunderlich

Narodowość: Niemiec

Kariera: urodził się w 1930 roku, w muzycznie uzdolnionej rodzinie (matka była skrzypaczką, ojciec kierownikiem chóru). Jego ojciec stracił stanowisko, gdyż sprzeciwił się nazistowskim władzom. W ostatecznym rozrachunku popełnił samobójstwo, gdy Fritz miał tylko 5 lat.

Zadebiutował w 1955, w ciągu kilku lat podbijając wszystkie kluczowe sceny niemieckie. Stał się jednym z największych śpiewaków naszych czasów, miał na koncie udane małżeństwo i trójkę dzieci…

Ciekawostka: … niestety, na wakacjach spadł ze schodów w domu przyjaciela. Zmarł kilka dni później, w wieku zaledwie 36 lat.

Za co go uwielbiam: bez wątpienia największy „lżejszy” tenor niemiecki naszych czasów, doskonały (jeśli nie najlepszy) tenor mozartowski. Rewelacyjnie odnajdywał się w repertuarze pieśniarskim, niemieckiej komedii muzycznej, nawet pierwsze próby z cięższymi rolami wypadły znakomicie. Nawet jeśli czwarte miejsce w rankingu BBC na dwudziestu najlepszych tenorów ery nagrań uważam za przesadzone, to sądzę, że gdyby dożył emerytury mógłby je mieć zasłużenie. Niestety, jest kolejnym wybitnym, niemieckojęzycznym artystą, który zmarł tuż 36 urodzinami…

Dyskografia: na pewno „Czarodziejski flet” (DG, 1965, dyryguje Karl Bohm, śpiewa m.in. Dietrich Fischer-Dieskau, Evelyn Lear, Roberta Peters i Franz Krass), poza tym cykl pieśni „Piękna młynarka” (DG, 1959, pianistą jest Hubert Giesen), „Pieśni o ziemi” (z Christą Ludwig, pod batutą Otto Klemperera, EMI, 1962), gwiazdorska „Missa Solemnis” pod batutą Karajana (DG, 1959, śpiewa Gundula Janowitz, Walter Berry i Christa Ludwig), świetne nagranie „Wesołych kumoszek z Windsoru” (z Frickiem, Mathis, pod batutą Hegera, EMI 1959), „Oratorium na Boże Narodzenie” (DG, 1960, dyr. Karl Richter, śpiewa Janowitz, Ludwig, Krass) i „Magnificat” Bacha oraz „Oratorium na Wielkanoc”  (Decca, 1958, dyr. Marcel Couraud, śpiewają Margarete Bence, Friederike Sailer, August Messthaler).

Koniecznie posłuchajcie: Il mio tesoro intanto, Ach, So Fromm, Dies Bildnis ist bezaubernd schön, Benedictus.

X

Imię i nazwisko: Dame Janet Baker

Narodowość: Angielka

Kariera: urodziła w 1933 roku, w mieszczańskiej rodzinie (ojciec był bankierem). Po śmierci starszego brata, skierowała swe kroki ku zawodom gwarantującym stały dochód, śpiewając okazjonalnie z przyjaciółmi. W końcu poświęciła się muzyce. Wielką sławę (i to jak najbardziej zasłużoną) przyniosła jej kreacja Dydony w operze Purcella (1962). Od tego czasu występowała regularnie na największych scenach brytyjskich, sporo nagrywała. W 1982 roku żegna się ze sceną operową, a w 1989 kończy z recitalami. W 1991 roku została dziekanem Uniwersytetu w Yorku (do 2004 roku). Od ponad 10 lat cieszy się zasłużoną emeryturą.

Ciekawostka: ścieżka zawodowa Janet miała sporo punktów stycznych z karierą Kathleen Ferrier – obie panie musiały wspierać finansowo rodzinę, nie myślały o tym by zostać profesjonalnymi śpiewaczkami, obie zaistniały dzięki konkursom wokalnym i obie śpiewały podobny repertuar. Mało? A co powiecie na to, że wielka kariera Janet Baker zaczęła się od pierwszego miejsca w konkursie wokalnym imienia Kathleen Ferrier?

Za co ją uwielbiam: Janet Baker była jedną z najważniejszych barokowych pionierek. Nie byłoby może w tym nic specjalnego, gdyby nie to, że nagrania w jej wykonaniu nie mają w sobie nawet grama archaiczności – są wysublimowane, ale pełne pasji, płynące z głębi serca, po prostu bardzo piękne i ponadczasowe. Poza wstrząsającą, genialną Dydoną, koniecznie muszę wspomnieć o jej roli w Calisto – śpiewa tam m.in. w duecie z Jowiszem, przebranym za kobietę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ten duet Baker nagrała… sama ze sobą, umiejętnie podkładając głos mężczyzny udającego młodą dziewczynę!

Na szczęście Dame Janet Baker nie ograniczała się tylko do muzyki dawnej, świetnie wykonując repertuar mozartowski, współczesny, nie zapominając przy tym o pieśniach i utworach religijnych. Szczególnie ważne jest nagranie „Sea Pictures”, które zajęło zasłużone 6 miejsce wśród 50 najlepszych nagrań wg. BBC.

Dyskografia: oczywiście wspomniane już „Sea Pictures” (EMI, 1965), Dydona i Eneasz” (Decca, 1962) i „Calisto” (Phlips, 1970 – praktycznie nie do dostania, niestety). Ponadto „Pieśni o ziemi” dyrygowana przez Haitnika (Philips, 1975), symfonia nr 2 Mahlera pod batutą albo Stokowskiego (BBC Legacy, 1966), albo Otto Klemperera (EMI, 1965), „Łaskawość Tytusa” prowadzona Davisa (Philips 1978), „Orfeusz i Eurydyka”, dyrygowane przez Raymonda Lepparda oraz „Wiosenna symfonia” prowadzona przez Andre Previna (ASD, 1978).

Koniecznie posłuchajcie: Thy hand Belinda when i am laid in earth, Che faro senza Euridice, Ascender qui ved’io, Where corals lie.

I to tyle – postaram się opisać soprany do 250 tys. wyświetleń, a w międzyczasie zapraszam na całą masę innych wpisów.

Pozdrawiam i dziękuję za 200 tysięcy wyświetleń!

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarzy

200 tys. wyświetleń – 10 pominiętych śpiewaków cz. 1

Na początku chciałbym jak najserdeczniej podziękować wszystkim Czytelnikom, dzięki którym mam jeszcze chęć pisać kolejny rok (już piąty) o najpiękniejszej ze sztuk. Jesteście wielcy!

Początkowo planowałem, by na 100 tys. wyświetleń napisać o moich 10 ulubionych tenorach, a na 200 tysięcy – o ulubionych sopranach. Tak się nie stanie. Z dwóch powodów. Po pierwsze, wciąż mam problem z wyborem tylko 10 śpiewaczek (bezustannie poszukuję alternatywnego rozwiązania). Po drugie – po wcześniej wrzuconej czterdziestce śpiewaków uważam, że powinienem co nieco dopowiedzieć.

Jak wspominałem chyba przy każdym wpisie, wybór tylko 10 solistów z całego gatunku był niesamowicie trudny. A ponieważ nie chciałem wychodzić poza dziesiątkę, kilku osobom zabrakło tego przysłowiowego końskiego paznokcia.

Ten wpis jest poświęcony tym wspaniałym ludziom.

Chciałbym dziś i przy następnej okazji przedstawić 10 solistów, którym bardzo niewiele zabrakło i bez których mój niemały muzyczny światek byłby o wiele uboższy. Wyróżnię też 1 miejsce dla solisty, który nie trafił do rankingu, bo… w sumie sam nie wiem, chyba przesądził nastrój dnia.

Nie ma tu równomiernego podziału głosów, jak zawsze będę opisywał chronologicznie (od daty urodzenia) i uwzględnię wszystkie Panie i Panów w specjalnym wpisie, który będzie po sopranach… ale o tym na razie cicho sza!

I

Imię i nazwisko: Aleksander Pirogov

Narodowość: Rosjanin

Kariera – urodził się w 1899 roku. Jego ojciec i trzej bracia (miał czworo rodzeństwa, nie wiadomo co się stało z piątym dzieckiem) byli muzycznie uzdolnieni, a starszy brat Grigory był cenionym basem. Po krótkim kryzysie wokalnym w wieku nastoletnim trafił na uniwersytet w Moskwie. W latach 1922-1924 śpiewał w Zimin Free Opera, aż w końcu trafił do Teatru Bolszoj, gdzie śpiewał do emerytury (1954). Emerytura nie przeszkodziła mu, by 1955 wystąpić jako Borys w słynnym filmie operowym. Zmarł w 1964.

Ciekawostka – okoliczności śmierci Pirogova są wyjątkowo ponure. Zmarł we własnym domu na atak serca, dzień po tym jak otrzymał zaproszenie od La Scali (która gościnnie występowała w Moskwie) – a więc zmarł zanim zachód zdążył go lepiej poznać…

Za co go uwielbiam – pisałem o tym już przy „Borysie Godunowie” – jeżeli Mark Reizen był ucieleśnieniem humanistycznych wartości i wyrafinowania w rosyjskiej operze, Pirogov należał do mistrzów szlachetnej prostoty. Jego bohaterowie mieli nieskomplikowane, przejrzyste motywacje, które nie traciły na wartości nawet przy bardzo złożonych postaciach, bowiem wielki bas umiał podeprzeć się na bezbłędnej, teatralnej intuicji. Był wybitnym artystą o potężnym, mocnym głosie – takich to już się nawet w Rosji nie spotyka…

Dyskografia – niestety, bardzo uboga. Bez wątpienia warto wspomnieć o „Borysie Godunowie” – zarówno na CD (z Kozłowskim i Naleppem) jak i na DVD (z tym samymi panami). Oprócz tego „Mozart i Salieri” (z Lemeshevem – starcie gigantów!),  „Kniaź Igor” (bagatela, z Reizenem i Ivanovem) i klasyczny już „Eugeniusz Oniegin” z 1936 roku (w składzie Nortsov, Zhukovskaya, Lemeshev). Wszystkie płyty błąkają się w wydaniach różnych firm, ostatnio jest to najczęściej Opera d’Oro.

Koniecznie posłuchajcie: scena śmierci Borysa Godunowa, Ljubvi vse vozrasty pokorny, Net, ne mogu protivitsya ya dole?, Spit streletzkoe.

II

Imię i nazwisko: Jussi Bjorling

Narodowość: Szwed

Kariera: urodził się w 1911 roku, w wybitnie uzdolnionej rodzinie muzycznej. W 1930 roku zadebiutował w Szkockiej Operze Królewskiej i w ciągu kilku lat zaskarbił sobie sympatię brytyjskiej publiczności, a 1938 zadebiutował w MET. Wtedy jego kariera wreszcie nabrała tempa – w 1939 i 1940 nagrywał już z Toscaninim, w latach 40 i 50 był czołowym tenorem Metropolitan Opera, a jego kariera fonograficzna była jedną z najbujniejszych w tamtych latach. Niestety, skłonności do alkoholu i ignorowanie swojego stanu zdrowia (pomimo stanu podzawałowego ukończył spektakl „Cyganerii”) dały swe znaki i biedny Bjorling zmarł na serce w 1960.

Ciekawostka: Jussi Bjorling obchodził swoje urodziny 2 lutego. Dopiero później wyszło na jaw, że w kronikach kościelnych ktoś się pomylił i wpisał dwójkę zamiast piątki…

Za co go uwielbiam: jeden z największych tenorów XX wieku, człowiek o wielkim, imponującym wysokim C, rozległym repertuarze i mistrzowskiej technice. Śpiewak, który doskonale odnajdywał się zarówno w Verdim, jak i werystach, repertuarze francuskim, niemieckim i kościelnym. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to pewnie do jego słynnej chimeryczności (odwoływane przez niego występy, a nawet nagrania przeszły już do legendy), ale „Carusowi z północy”, „tenorowi stulecia” gotów jestem sporo wybaczyć.

Dyskografia: bardzo, bardzo bogata. Oczywiście moja ukochana „Cyganeria”, którą do dziś uważam za najpiękniejszą płytę operową w historii (z de los Angeles, Merrillem, Amarą i Beechamem, EMI 1956), legendarne „Requiem” Verdiego z Price, Elias i Tozzim (RCA/Sony, 1959), znaną płytę z duetami Bjorlinga z Robertem Merrillem (1949-1951, RCA/Sony), słynne nagranie „Romea i Julii” z Bidu Sayao (RCA/Sony, 1947), „Il trovatore” z Zinką Milanov (RCA/Sony, 1952), „Turandot” z Nilsson, Tebaldim i Tozzim (RCA/Sony/Decca, 1959) i, powiedzmy, „Don Carlosa” (na żywo, 1950) z Cesarem Siepim, Delią Rigal, Fedorą Barbieri, Robertem Merrillem. A to tylko wierzchołek góry!

Koniecznie posłuchajcie: Che gelida manina, Di quella pira, Au fond du temple saint, Ah! Leve-toi, soleil

III

Imię i nazwisko: Sesto Bruscantini

Narodowość: Włoch

Kariera: urodził się w 1919 roku, początkowo chciał zostać prawnikiem (ukończył nawet studia w Rzymie). w 1947 roku wygrał konkurs wokalny organizowany przez RAI, a dwa lata później zadebiutował w La Scali. Początkowo wielkie sukcesy odnosił tylko w repertuarze komediowym, ale w latach 60-tych poszerzył repertuar o role dramatyczne. Występował głównie w Europie – poza granicami kontynentu najczęściej śpiewał w Chicago. Zmarł w 2003 roku.

Ciekawostka: Bruscantini jak mało kto przyznawał się do swoich kompozytorskich sympatii i antypatii – uważał, że poza Puccinim, weryści zrobili muzyce więcej złego niż dobrego, że nie cierpi współczesnego repertuaru (choć jednocześnie przyznawał, że go nie rozumie) i choć ceni Pucciniego, nie może zdzierżyć „Madamy Butterfly”.

Z innych rzeczy wartych odnotowania, pozwolę sobie przytoczyć jego opinię o operze, jedną z moich ulubionych w ogóle:

Dziennikarz:    Should we go to the opera to learn or to enjoy?

Sesto Bruscantini:    How can one enjoy oneself without learning?

(W wolnym tłumaczeniu: „Powinniśmy się chodzić do opery, by się czegoś nauczyć, czy żeby się nią nacieszyć?” „Jak możemy się nią cieszyć, jeśli się nie uczymy?”)

Za co go uwielbiam: niechęć Bruscantiniego wobec werystów jest bardzo wyraźna i nie mówię tu tylko o repertuarze. Bruscantini był wybitnym przedstawicielem belcanto, śpiewając cudownie lirycznym barytonem – doskonale sprawdzał się we włoskich komediach i repertuarze mozartowskim. Po pierwszych zachwytach, nieco zaniepokojony sięgnąłem po opery Verdiego i… okazało się, że Bruscantini i tu śpiewa lekko, archaicznie, jakby to był Bellini. Inaczej, ale równie pięknie. Muszę się jednak przyczepić do niektórych eksperymentów, to znaczy niepotrzebnie przeszedł do niektórych ról bas-barytonowych. O ile jego Figaro i Malatesta to bez wątpienia wybitne kreacje, o tyle średnio przypadł mi do gustu jego Don Pasquale lub Doktor Bartolo.

Dyskografia: przede wszystkim, trzy słynne płyty DVD – „Włoszka w Algierze” (z Berganzą, Hardy 1957), „Don Pasquale” (z Tajo, Noni i Vallettim, 1955, Hardy) i „Moc przeznaczenia” (z Caballe, Carrerasem, Ghiaurovem i Cappuccillim, 1978, Hardy). Poza tym fantastyczne, choć bardzo oryginalne „Wesele Figara” (1955, EMI, ze Sciutti, Sinclair, Stevens, Calabrese, Wallecem i Cuenodem, genialnie dyrygowane przez Vittorio Guiego), „Orlando Furioso” z de los Angeles i Horne (Erato, 1978), legendarne „Cosi fan tutte” ze Schwarzkopf i Karajanem (EMI, 1955), „La serva padrona” (ze Scotto, Erato 1960) i przede wszystkim: mój ulubiony „Cyrulik sewilski” na płytach (z de los Angeles, Alvą, Calabrese i Wallacem, ponownie mistrzowsko dyrygowany przez Guiego, EMI, 1962).

Koniecznie posłuchajcie: Largo al factotum, Bella siccome un angelo, Non piu adrai, Di provenza il mar il suol.

IV

Imię i nazwisko: Giorgio Tozzi

Narodowość: Amerykanin

Kariera: urodził się w 1923, w rodzinie włoskich imigrantów. Studiował na uniwersytecie w DePaul pod kierunkiem Rosy Raisy (Róży Burchstein, pierwszej Turandot). W 1948 zadebiutował w „Gwałcie na Lukrecji”, od tego czasu rozpoczęła się jego wielka kariera. 1958 zaśpiewał na prapremierze „Vanessy” Barbera. Śpiewał prawie wszytko: od Włochów, przez Wagnera, Francuzów, Rosjan po repertuar współczesny. Zdobył 3 nagrody Grammy i dokonał wielu nagrań. Zmarł w 2011 roku.

Ciekawostka: po udanej karierze śpiewaczej, Tozzi napisał książkę (i to powieść, a nie muzyczne wspominki), „Golem z dzikiego zachodu”.

Za co go uwielbiam: może nie największy, ale jakże inteligentny, świetnie ułożony głos! Tozzi potrafił z ogromną wprawą odnajdywać się w każdym repertuarze (no, w końcu jest tutaj jakiś wagnerowski bas!). Nie brzmi może mocno, ale jest coś w jego barwie, gładkości brzmienia, elegancji frazowania, czemu naprawdę ciężko się oprzeć. Co ważne, jego głos potrafił zmienić się w zależności od repertuaru – w muzyce lekkiej nie brzmi jak zagubiony śpiewak operowy, a z kolei jego Daland różni się całkowicie od Collina, czy Starego Doktora z „Vanessy”. Nie przeczę, nie każdego głos Tozziego przekona, ale ja się zaliczam do jego fanklubu.

Dyskografia: już wspomniana dzisiaj „Cyganeria”  z Bjorlingiem, de los Angeles, Merrillem i Amarą (EMI, 1956), dalej „Don Carlos” z Franco Corellim, Leonie Rysanek i Irene Dallis (RCA/Sony, 1964), wymieniona wcześniej „Turandot” (z Nilsson, Bjorlingiem i Tebaldi, RCA/Sony/Decca, 1959), „Holender Tułacz” (Decca, 1960), z Londonem i Rysanek oraz „Rigoletto” (z Merrillem, Bjorlingiem, Peters, RCA/Sony, 1957). Z ciekawostek trzeba wspomnieć o małej roli w „Aidzie” (jako Ramfis) w słynnym nagraniu Decci z 1962, „Południowego Pacyfiku” (Masterworks Broadway, 1967) i rzadkim, trudnym do dostania nagraniu filmowym „Śpiewaków Norymberskich”  (1970, Haus Musik),  z jego świetnym Hansem Sachsem.

Koniecznie posłuchajcie: Vecchia zimarra, Mogst Du Mein Kind, For every love there is a last farewel, This nearly was mine.

 

V

Imię i nazwisko: Cesare Siepi

Narodowość: Włoch

Kariera: urodził się w Mediolanie, pomiędzy 1919, a 1923 rokiem (sam Siepi oficjalnie podawał 10 lutego 1923 – a więc urodził się 33 dni po Tozzim). Krótko się kształcił, większość umiejętności wyszkolił sam. Pierwsze sceniczne sukcesy przerwała II wojna światowa (jako przeciwnik faszystowskiego rządu musiał uciekać do Szwajcarii). Po wojnie szybko zyskał ogromną popularność – już w 1948 nagrywał z Toscaninim! Najczęściej występował w Metropolitan Opera i w ROH, Covent Garden (od 1950 do połowy lat 70-tych), ale nie gardził też Wiedniem, włoskimi scenami, czy Broadwayem. Występował regularnie do lat 80-tych, później musiał zwolnić bieg ze względu na problemy zdrowotne. Ostatni występ operowy dał w 1989, a ostatni koncert – w 1994. Zmarł w 2010 roku.

Ciekawostka: wielu śpiewaków dzierży różne zaszczytne tytuły – Gigli był zwany „drugim Carusem”, Bjorling „tenorem stulecia”, a Vickers „głosem Boga”. Siepi miał nieco gorzej, bo niektórzy nazywali go „ostatnim wielkim odkryciem Toscaniniego” – nie brzmi to zbyt nobliwie, prawda?

Za co go uwielbiam: to jest ten śpiewak, któremu było zdecydowanie najbliżej do rankingu i żałuję, że go w nim nie umieściłem (aczkolwiek nie mam zamiaru teraz robić „przenosin”, byłoby to trochę nieprofesjonalne). Jeden z najlepszych mozartowskich basów, elegancki i wytworny o wysublimowanym poczuciu humoru – to był jeden z największych Don Giovannich i jeden z najlepszych Figarów. Ponadto potrafił być przerażająco potężny i upiorny w rolach diabolicznych (chyba najlepszy Mefistofeles z „Mefistofelesa” Boito), wybitny verdiowski basso cantanto (może nagrano na żywo jego Filipa II, gdzie był nieco za młody, ale poza tym? Świetny Silva, ojciec Guardiano, Ramfis, Sparafucile, a i z Filipem się rozkręcił). Dla mnie pozostanie jednym z najlepszych basso cantante i jednym z naj- jeśli nie najlepszym włoskim basem ery nagraniowej.

Dyskografia:  przede wszystkim dwie legendarne już płyty Decci – „Wesele Figara” z della Casą, Gueden, Poellem, pod batutą Ericha Kliebera (1953) oraz słynna „Moc przeznaczenia” Tebaldidel Monaco Bastianinim, z 1955 (no i oczywiście Francesco Molinari-Pradelli dyryguje). Poza tym,  słynny film operowy „Don Giovanniego” pod batutą Furtwanglera (DG, 1954). Warto wspomnieć o świetnym nagraniu „Cyganerii” z Tebaldi, Bergonzim, Bastianinim, pod batutą Serafina (Decca, 1959), „Mefistofelesie” z del Monaco i Tebaldi (również Decca i również 1959) i, jeśli Wam się uda trafić, genialne nagranie na żywo „Normy” (1970) z Metropolitan Opera z Dame Joan Sutherland, Carlo Bergonzim, Marylin Horne i Sir Richard Bonynge dyryguje.

Koniecznie posłuchajcie: O tu Palermo, La ci darem la mano, Ave Signor!, Vi ravviso o luoghi ameni.

 

Cytat | Opublikowano by | 8 komentarzy

Transmisje z MET – 2016/2017

Jak co roku, czas na krótki spis dostępnych przedstawień z Metropolitan Opera. Zobaczymy co tym razem przygotował Peter Gelb ze swoją ekipą.

Przede wszystkim, poniższe przedstawienia dotyczą transmisji radiowych, które będzie można przesłuchać za darmo między innymi w stacji WCPE:

http://theclassicalstation.org/listen.shtml

Zatem istnieją spore różnice w terminach i obsadach, porównując je z transmisjami kinowymi.

Wracając do tematu, tegoroczny sezon transmisji radiowych rozpoczyna się stosunkowo późno, bo dopiero 03.12.2016. Będzie to „Manon Lescaut” Pucciniego z Netrebko i Alvarezem. Nie jestem jakoś szczególnie przekonany (słuchałem Netrebko w tej roli i nie zaimponowała mi, ale kto wie – może tym razem będzie inaczej?), ale lubię tę operę, więc może się skuszę. O wiele ciekawiej będzie tydzień później – zostanie wystawiona jedna z moich ulubionych oper współczesnych, „L’amour de loin” (o której pisałem już tutaj: https://poprostuopera.wordpress.com/2014/05/16/z-samego-konca-swiata-daleka-milosc-lamour-de-loin/ ). Obsada jest równie intrygująca: świetna młoda sopranistka Susanna Philips i bardzo obiecujący bas-baryton, Eric Owens.

Raczej daruję sobie spektakle z 17.12.2016 i 24.12.2016 – zarówno „Salome” jak i „Jaś i Małgosia” nie mają imponujących obsad (chociaż Lucic jako Jan Chrzciciel to dość ciekawy wybór), ale chętnie posłucham i dam znać jak coś mnie pozytywnie zaskoczy. Natomiast na pewno nie odpuszczę sobie sylwestrowego spektaklu „Włoszki w Algierze”. Co prawda Ildar Abdrazakov średnio mi pasuje na Mustafę, a i reszta obsady jest mi słabo znana, ale całość poprowadzi James Levine, więc będzie czego posłuchać.

Spektakl z 07.01.2017 zapowiada się na ładne otwarcie roku – „Nabucco” z bardzo obiecującą Monastyrską i ponownie dyrygującym Jamesem Levinem. I Domingo śpiewa główną rolę. Zważywszy na to, że w zeszłym sezonie świetnie wypadł „Szymonie Boccanegrze” i lubię wysokie barytony w tytułowej roli, spodziewam się rzeczy wielkich.

Przez następne dwa tygodnie usłyszymy transmisje pięknych oper, ale w nie do końca pięknych składach: „Cyganeria”, gdzie interesuje mnie tylko Susanna Philips jako Musetta oraz „Romeo i Julia” z Damrau i Grigolo, którzy średnio mi pasują do dzieła Gounoda. Z pewnością posłucham „Cyrulika sewilskiego” (28.01.2017), gdzie dyrygować będzie Maurizio Benini, a główną rolę zaśpiewa jeden z najlepszych współczesnych barytonów, Petter Mattei.

Następne trzy tygodnie to seria świetnych oper („Rigoletto”,  „Carmen”  „Purytanie”), ale  w mało imponujących obsadach (oczywiście nie będzie tak całkiem skromnie: Lucic będzie Rigolettem, a Pisaroni zaśpiewa w „Purytanach”).  Za to na pewno nie odpuszczę „Rusałce” Opolais (którą z całą odpowiedzialnością nazwę objawieniem zeszłego sezonu), a dwa tygodnie później posłucham „La Traviaty” z Yonchewą, Fabiono i Hampsonem.

Metropolian Opera zdecydowała się zaryzykować i 18.03.2017 wystawi „Wilhelma Tella”. W obsadzie przede wszystkim cieszy nazwisko dyrygenta – w operze włoskiej Fabio Luisi jeszcze mnie nie zawiódł. A skoro już o świetnych dyrygentach mowa, James Levine ponownie stanie za pulpitem, prowadząc „Idomenea”.

Początek kwietnia należy do Niemców – na prima aprilis dostajemy „Fidelia” z Adrianą Pieczonką (zobaczymy, czy przesłucham), a tydzień później – reżyserowanego przez Trelińskiego„Tristana i Izoldę”. Nie wiem, czy przesłucham ten spektakl w radiu, czy nie udam się do kina (choć ekscesy Trelińskiego w tej operze nie powalają). Zobaczymy, czy Nina Stenne i Stuart Skelton poradzą sobie z morderczymi partiami. Jedno jest pewne – na pewno warto posłuchać Rene Pape w roli króla Marka. No i Sir Simon Rattle dyryguje, a to jeden z najlepszych dyrygentów na świecie.

15.04.2017 można posłuchać „Aidy”, choć w niespecjalnie porywającym składzie, za to 22.04.2017 znów zagrają „Eugeniusza Oniegina” (to chyba robi się standard każdego sezonu, jak „Cyganeria”). Śpiewają Hvorostovsky, Netrebko, Dolgov i Kocan – szykuje się co najmniej dobry spektakl!

29.04.2017 wracamy do Wagnerów – poza kompozytorem, w „Holendrze Tułaczu” usłyszymy Sentę Amber Wagner. Poza nią, wystąpi Dolora Zajick,  Micheal Volle, czy Jay Hunter Morris. Może być ciekawie!

W maju (06.05.2017) możemy znów zapoznać się z „Cyrano de Bergeraciem”, ale bez Domingo, za to z Alagną i Racette. 13.05.2017 usłyszymy ostatnią transmisję, „Kawalera srebrnej róży” Fleming i Garancą – choć Fleming może być nieco za stara na Marszałkową, to Oktawian Garancy jest obiecujący.

Wszystkie spektakle i obsady możecie znaleźć tutaj:

http://www.metopera.org/Season/Radio/Saturday-Matinee-Broadcasts/

 

Podsumowanie? Bardzo ciekawy i bardzo „inny” sezon. Z jednej strony, trzeba pochwalić dyrekcję za odważny i bardzo zróżnicowany repertuar (w sumie brakuje tylko baroku). Dwie opery Wagnera, dwie opery Straussa, jedna Beethovena, jedna Humperdnicka (6 oper niemieckich bez „Pierścienia Nibelunga”? – rzadkość!), trzy opery francuskie („Carmen”, „Werther”, „Romeo i Julia”), opera czeska, rosyjska, nawet fińska! Z klasyki włoskiej mamy trzy opery Rossiniego, dwie Pucciniego (trochę mało), cztery Verdiego, ciekawostka od Alfano, jedna Belliniego i tylko jedna Mozarta, za to rzadko wystawiana.

I wszystko byłoby w porządku, ale patrząc na obsady mam wrażenie jakby największe gwiazdy zdecydowały się śpiewać w niszowym repertuarze, szczególnie chętnie rezygnując z repertuaru włoskiego. O wiele chętniej będę słuchał rzadkich i trudnych oper, niż dzieł Pucciniego, Verdiego, czy innych klasyków. Poza tym, brak mi kilku gwiazd: nie ma ani Floreza ani Blythe, ani Terfla, ani Kaufmanna,czy choćby żadnego ze słynnych Polaków. W każdym razie – ciekawy sezon i cieszy mnie tak zróżnicowany repertuar, ale mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie trochę mniej eksperymentalnie.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Halina Mickiewiczówna – Maestra Koloratury

Z dedykacją dla Pana Waldemara Maciakiewicza, dzięki któremu odkryłem tę wielką śpiewaczkę.

Przede wszystkim, pragnę zakomunikować, że od jutra jestem nieosiągalny z powodu tygodniowego urlopu (stąd też dwa wpisy w tym tygodniu zamiast jednego). Nie będę też odpisywał na komentarze i e-maile. Za utrudnienia przepraszam.

Jak już kiedyś wspominałem, w latach 50-tych i 60-tych, Polska mogła pochwalić się imponującą listą śpiewaków z pierwszej ligi. Niestety, większość z nich nie zrobiła wielkiej, międzynarodowej kariery, często na własne życzenie. Jednym z koronnych przypadków jest śp. Bogdan Paprocki, który odmówił New York City Opera, bo wolał pozostać w kraju. Dla nas to dobrze, dla świata już niekoniecznie (choć może wtedy więcej by nagrywał).

Zwykle opowiadałem o Panach, dzisiaj na czas na jedną z Pań. Helena Mickiewiczówna, wielka polska koloratura, również nie może się pochwalić imponującą karierą zagraniczną, ograniczając swoje występy głównie do Warszawy, Poznania i Pomorza (zwłaszcza Gdynii, gdzie mieszkała po wojnie).

Ta skromna, zapomniana prima donna mogła pochwalić się jednym z najzręczniejszych, najpiękniejszych technicznie sopranów XX wieku. Mocny, niewiarygodnie swobodny w górnym rejestrze, mistrzowsko operujący wszelakimi ozdobnikami, radzący sobie z każdym trylem, czysty i szlachetny głos, który – co ciekawe! – pozbawiony jest dramatycznych akcentów innych wielkich koloratur (jak choćby Dame Joan Sutherland, którą wręcz nazywają dramatyczną koloraturą).

Dorobek fonograficzny jest również, delikatnie ujmując, dość skromny, ale na szczęście można dostać płytę z przekrojem jej arii (z lat 1952-1962), wydaną przez DUX:

Mickiewiczówna prezentuje szczytową formę, śpiewając lekkim, wręcz operetkowym sopranem koloraturowym. Głos to absolutna światowa czołówka, interpretacje są raczej w starym stylu (kto spodziewa się aktorstwa ze szkoły Stanisławskiego, będzie raczej rozczarowany), ale zważywszy na charakter płyty i datę powstania, bezczelnością byłoby żądać nowoczesnych interpretacji na miarę Callas lub Scotto. Towarzyszące jej zespoły i dyrygenci są niezwykle kompetentni. Ogromna pochwała należy się naszym technikom dźwięku – płyta ma przestrzeń niczym współczesne doubly digitale i udało się uniknąć zimnej, wysterylizowanej atmosfery, częstej we współczesnych pozycjach.

Jeśli miałbym wyróżnić jedną, jedyną arię, byłby to finał z „Lunatyczki” –  z jednej strony Mickiewiczówna śpiewa zachwycająco lekko, nie szczędząc na ozdobnikach,  z drugiej – nie zapomniała o lirycznej stronie charakteru Aminy, nie ograniczając się do wokalnej brawury.

Szczerze mówiąc, ciężko znaleźć tu utwór do którego można się przyczepić (poza „La danzą” Rossiniego, ale możliwe, że jestem zbyt przyzwyczajony do męskich interpretacji). Szczególnie mocno rekomenduję walc Mireille (zaśpiewany bez żadnego wysiłku!), Parlę i Jaskółkę.

Jest natomiast jedna sprawa, która średnio mi się podoba, ale nie mam też za bardzo kogo za nią obwiniać (no, może producentów) – mianowicie zawartość płyty. Na 21 utworów mamy tylko 5 arii operowych, 16 z nich to operetka (często śpiewana po polsku), piosenki i arie z filmów. Jak najbardziej akceptuję fakt, że nie wszystkie utwory to opera, w końcu koloratury chętnie śpiewają Straussa, Lehara, czy Offenbacha, ale jak dla mnie to już lekka przesada. Tym bardziej, że w pewnym momencie taki repertuar zaczyna zwyczajnie nudzić. Szczęśliwie na końcu zostajemy wybudzeni, pięknym, prostym, ale jakże stylistycznie różnym tangiem Albeniza.

Podsumowując, uważam, że nawet najwięksi amatorzy współczesności powinni chociaż dać szansę pani Mickiewiczównie – ten spektakularny sopran bez wątpienia zasługuje na coś więcej niż miano „historycznej ciekawostki”.

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarzy

Miesiąc hiszpański – podsumowanie

Skończył się miesiąc hiszpański podczas którego przedstawiłem dzieła ciekawe, porządne, a w kilku przypadkach nie zawaham się powiedzieć – wybitne. Niestety, przegrzebywanie się przez portale internetowe, encyklopedie i książeczki załączone do płyt potwierdziły moją teorię: hiszpańskich dzieł scenicznych nie wystawia się zagranicą.

Nietrafione argumenty za niepopularnością tych dzieł:

a) „dzieła hiszpańskie są bezwartościowe” – „Dona Francisquita”, „La tabernera del puerto”,„Teatrzyk mistrza Piotra” to dzieła bez wątpienia wybitne, a poza nimi możemy wyróżnić całą masę wartościowych pozycji („El gato montes”, „La tempranica”, jak też niewspomniane na blogu „La vida breve”, „Atlantyda”, „Luisa Fernanda”, czy „Dolores”),

b) „bariera językowa jest nie do przejścia” – z tym również się nie zgodzę. Po pierwsze, hiszpański to nie węgierski, polski, czy nawet rosyjski, by przyswojenie go było tak potwornie trudne. Po drugie, hiszpański to modny język i niejeden obywatel Europy Zachodniej czy Stanów miał go przynajmniej w szkole,

c) „za trudne role” – dzieła hiszpańskie nie są trudne dla solistów. Owszem, od dyrygenta wymaga się zdecydowanie więcej, ale i to nie jest niewiadomo jaki poziom,

d) „nie ma kto tego promować” – wystarczy przejrzeć dyskografie pierwszorzędnych hiszpańskich solistów by przekonać się jak bardzo Hiszpanie troszczą się o popularność swoich dzieł,

e) „postawy ludzkie i fabuła są zrozumiałe tylko dla Hiszpanów” – owszem, zdarzają się nawiązania historyczne, jednak nie są one bardziej skomplikowane niż w dziełach Wagnera, Verdiego, czy Masseneta. Główny wątek jest zwykle uniwersalny, więc nie ma mowy o barierze kulturowej,

Podczas pisania poszczególnych wpisów zauważyłem jednak pewne prawidłowości…

Trafione argumenty za niepopularnością tych dzieł:

a) czas trwania – jeżeli  zauważyliście, większość prezentowanych zarzuel i oper mieściło się na jednym CD. To nie przypadek – w przypadku zarzuel pamiętać trzeba o długich, niemalże musicalowych dialogach, które w teatrze zapełniają resztę wieczoru (a co raczej nie spodoba się operowej widowni), zaś de Falla (poza „Atlantydą) bawił się raczej w krótkie formy. Owszem, w krajach niehiszpańskojęzycznych można wystawić dzieło ze znacznymi skrótami, gorzej, że na samodzielny wieczór to będzie zdecydowanie za mało…,

b) hegemonia włoskiej kultury w przeszłości – czego by nie mówić, w operze popularnej Włosi niepodzielnie rządzili. Jeżeli gdzieś wystawiało się inne dzieła, to albo musiały być mocno reprezentowane przez szkołę francuską, albo przez wielkich rosyjskich solistów, albo przez Wagnera,Straussa lub Mozarta (z czego dwaj pierwsi tworzyli dzieła dla specyficznej publiczności, szukającej czegoś innego niż chwytliwe melodyjne, a ten ostatni komponował również po włosku). Hiszpanie najzwyczajniej w świecie wystartowali z opóźnieniem,

Oczywiście, to nie powinien być problem w dłuższej skali, sęk w tym, że…

c) nikt nie lubi wystawiać rzadkich, nienowoczesnych dzieł – dyrektorzy teatrów z radością sięgają po repertuar współczesny, długie i skomplikowane fabularnie opery z XVIII wieku, czy mało znane dzieła wielkich kompozytorów. Rzadko jednak zdecydują się na wystawienie Catalaniego, Moniuszki, Aubera, czy właśnie Hiszpanów. Nie wiem, czy chodzi o to, że Rossini czy Mozart są konkurencją nie do zdarcia i  nie ma po co eksperymentować, czy też trochę głupio bawić się w lekkie komedyjki, gdy w kolejce czeka Stockhausen…

d) hegemonia śpiewaków hiszpańskich – paradoksalnie to też może być kłopot. Żyjemy w czasach, gdzie występy śpiewaków na żywo nie są jedynym kontaktem ze sztuką wokalną. Ba! Styczność z nagraniami audio i video trafia nam się o wiele częściej niż wyprawa do teatru operowego czy na koncert. Nie ma wątpliwości, częsty kontakt z nagraniami przyzwyczaja nas do pewnego poziomu. A jak się prezentują wspomniane przeze mnie hiszpańskie płyty? Znakomicie. Może więc dyrektorzy teatru boją się, że ich soliści nie sprostają oczekiwaniom po przesłuchaniu Krausów, Lorengarów, Berganz i Domingów?

Co robić?

Wydaje mi się, że prognoza jest w miarę optymistyczna. Płyty powoli zbierają swoje żniwo, a do rzeszy śpiewaków z Hiszpanii dołączają coraz częściej śpiewacy z Ameryki Południowej. Prędzej czy później demografia wymusi pewne zmiany w repertuarze teatrów amerykańskich. Pytanie tylko, czy Europa podąży tym trendem, a zwłaszcza nasz kraj.

Jedno jest pewne – tak długo jak dzieła de Falli, Sorozabala, Vivesa, Gimeneza, czy Torroby nie będą regularnie gościły na scenach światowych, tak długo nie możemy się chwalić tezą, że „współczesny repertuar operowy jest bogaty i zróżnicowany”.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz