Leontyne Price – 90 urodziny!

Miło mi zakomunikować, że 10.02.2017 roku Leontyne Price, jedna z największych śpiewaczek operowych XX wieku, świętowała swoje 90 urodziny. Nagrodzona 19 statuetkami Grammy i uznana za 4 najlepszą śpiewaczkę operową XX wieku wg. BBC (nawet jeśli mam sporo zastrzeżeń do samego rankingu, też bym ją umieścił na tej liście), nie jest tak rozpoznawalna w Polsce jak inne wielkie primadonny lat 60 i 70, tym chętniej poświęcę jej krótki wpis.

Pierwsze żniwo Marian Anderson:

Przyszła pierwsza primadonna USA urodziła się w małym mieście Laurel w stanie Missisipi. Jej matka była uzdolnioną muzycznie akuszerką, a ojciec młynarzem. Na trzecie urodziny rodzice kupili jej małe pianino (amerykańskie gazety podają określenie piano toy, ale nie bardzo mam pomysł co to może być). Matka zachęcała córeczkę do gry i śpiewu, ale zamiast kariery operowej, liczyła na występy w kościołach bądź prowadzenie lekcji śpiewu. Tymczasem 14-letnia Leontyna poszła na recital Marian Anderson, pierwszej afroamerykańskiej śpiewaczki operowej z prawdziwego zdarzenia. Występ wielkiego kontraltu uzmysłowił jej, że czeka ją inna kariera…

Początki:

Leontyne ukończyła z wyróżnieniem Wilberforce College i dzięki wsparciu Paula Robesona trafiła do szkoły Julliarda w Nowym Yorku. Podczas studiów wystąpiła w szkolnym przedstawieniu „Falstaffa”, ale to rola Bess z opery Gershwina otworzyła jej wrota do kariery. Otrzymała angaż na wielkie tournée po Europie, szlifując warsztat i zarabiając pierwsze poważne pieniądze.

W USA szybko przełamała dwie bariery. Była pierwszą czarnoskórą śpiewaczką operową, która wystąpiła w operowej produkcji telewizyjnej („Tosca” z 1956 – zbojkotowana przez południowe stany) i… zaśpiewała jako pierwsza Afroamerykanka z zespołem Metropolitan Opera. Słynny występ Marian Anderson w roli Ulryki miał miejsce nieco później. Jednak muszę podkreślić, że Price dała występ w charytatywnym koncercie z artystami MET, Anderson natomiast jako pierwsza zaśpiewała w Metropolitan Opera.

Jednak zanim nowojorska scena zaproponowała jej angaż, Price szturmem zdobyła wielkie sceny europejskie. W 1958 zadebiutowała jako Aida w Wiedniu, Londynie i Weronie. W 1960 dała pierwszy występ w La Scali (także Aida).

W 1952 poślubiła swojego scenicznego kochanka, Williama Warfielda (śpiewał Porgy’ego – parze udało się nagrać płytę zawierającą wybrane arie z „Porgy and Bess”). Jednak małżeństwo nie należało do udanych – zbyt oddani pracy partnerzy oddalali się od siebie, aż w końcu wzięli rozwód. Nie mieli dzieci, a Leontyne zamiast skupiać się na następnych związkach, zajęła się karierą.

Metropolitan Opera i wielkie sukcesy:

Choć to Aida była jej najgłośniejszą rolą, w Metropolitan Opera zaśpiewała po raz pierwszy jako Leonora z „Il trovatore”. Partnerował jej również debiutujący Franco Corelli. Odnieśli gigantyczny sukces, śpiewaków nagrodzono 35-minutową owacją.

Rok później, podczas prób do „Dziewczyny z zachodu”, Price przeszła pierwszy kryzys wokalny. Na szczęście udało się go szybko zażegnać i po kilku miesiącach wróciła na scenę. Co ważne, poza tym, że była pierwszą czarnoskórą śpiewaczką w MET, otrzymywała równie dużą gażę jak Callas, Tebaldi, czy Sutherland (2750 USD – tylko Nilsson dostawała więcej, ale ona była bezkonkurencyjna w Wagnerze).

Do 1985 roku zaśpiewała tam w 201 spektaklach, specjalizując się głównie w Verdim i Puccinim. Przede wszystkim Aida, Leonora z „Il trovatore”, Leonora z „Mocy przeznaczenia”, Elvira w „Ernanim”, Amelia z „Balu maskowego”, Tosca, Cio-Cio San, Minnie i Liu. Z rzadziej wykonywanych przez nią partii należałoby wspomnieć o Donnie Annie z „Don Giovanniego”, Kleopatrze z „Antoniusza i Kleopatry” Barbera, Tatianie z „Eugeniusza Oniegina”, czy Ariadnie z „Ariadny na Naxos”.

Od lat 60-tych zaczęła regularnie nagrywać, głównie dla Decci, później dla RCA. Część oper zarejestrowano dwukrotnie. Jedynym zapisanym i wydanym na DVD spektaklem jest wspomniana w poprzednim wpisie „Moc przeznaczenia”. Krążą plotki, że jej pożegnalna „Aida” też została utrwalona, ale z jakiegoś powodu nikt nie chce jej wydać…

Wzloty i upadki:

Lata 70-te bez wątpienia należały do tych „chudych” – Price przechodziła liczne kryzysy wokalne, czym podpadła kierownictwu nowojorskiej sceny. Odwołała znaczną część swoich spektakli, skupiając się na recitalach. Nie zmienia to faktu, że możemy też mówić o kolejnych sukcesach: pod koniec lat 70-tych dostała kolejne zaproszenie od Karajana i nagrała kilka płyt dla RCA, zwykle w towarzystwie Placida Domingo i Sherrilla Milnesa. Prawdziwy powrót do formy nastąpił w 1981 podczas spektaklu w San Francisco, gdzie triumfowała jako… tak, zgadliście – Aida.

Od tego czasu znów śpiewała regularnie w MET. W 1985 roku dała ostatni spektakl (była to oczywiście Aida). Po przedstawieniu śpiewaczkę nagrodzono gigantyczną, ponad dwudziestominutową owacją, a w 2007 roku wykonanie O patria mia! uznano za najważniejszy moment (the greatest moment) w Metropolitan Opera w ciągu ostatnich 30 lat.

Choć zrezygnowała z występów w teatrze, daleko jej było do emerytury – jeszcze przez dwanaście lat dawała regularne recitale i prowadziła warsztaty wokalne.  Przeszła na emeryturę w 1997, ale kilka razy jeszcze wróciła. Między innymi w 2001 roku, dając recital ku pamięci ofiar zamachów z 11.09. (James Levine akompaniował), a nawet zaśpiewała kilka fraz na rozdaniu Opera Award 2008 (choć oczywiście jej głos zostawiał sporo do życzenia). Obecnie prowadzi spokojny żywot emeryta w małej wsi pod Nowym Yorkiem.

Głos i krytyka:

Price dysponowała klasycznym lirico spinto, idealnie pasującym do verdiowskiego i werystycznego repertuaru. Na początku swojej kariery jej głos był miękki, wręcz „pluszowy”, zaskakująco jasny, z ciemnymi, ale jeszcze nie mrocznymi akcentami (określenie pana Łętowskiego o czystym złocie jest tu jak najbardziej adekwatne). Z czasem zaczął się pogłębiać i tracić blask w górnym rejestrze. Price nie udało się utrzymać kondycji wokalnej przez całą karierę, ale ostatnie występy operowe i kilka dobrych nagrań z lat 70-tych dowiodły, że jeszcze nie powiedziała  ostatniego słowa.

Część krytyków, między innymi Peter G. Davis (autor felietonów do NYT i autor książki „American Opera Singers”) zarzucało jej problemy w rejestrze piersiowym (tu się muszę zgodzić, szczególnie brakuje mi ich w jej interpretacji Tosci) i nie zawsze czystą górę. W latach 70-tych doszły problemy z górnym rejestrem, poprawione na przełomie lat 70 i 80-tych (podobno von Karajan doradził jej to i owo, jak słychać – pomogło). Zdarzały się jej  wtopy nagraniowe, ale któremu śpiewakowi nie?

Nawet jeśli nie w każdej roli mnie przekonuje i nie wszystkie lata były wokalnymi El Dorado, nie zmienia to faktu, że status żywej legendy i artystki gigantycznego formatu najzwyczajniej w świecie się jej należy.

Dyskografia (wybór ograniczony):

  1. „Aida” – Rita Gorr, Carlo Bergonzi, Mario Sereni, Cesare Siepi, chór i orkiestra Metropolitan Opera, dyr. Sir Georg Solti (Myto, 1963)*,
  2. „Il trovatore” – Franco Corelli, Giulietta Simionato, Ettore Bastianini, chór Wiedeńskiej Opery Państwowej, Wiedeńscy Filharmonicy, dyr. Herbert von Karajan (DG, 1962)*,
  3. „Moc przeznaczenia” – Richard Tucker, Robert Merrill, Giorgio Tozzi, Shirley Verrett, Ezio Flagello, RCA Italian Orchestra and Chorus, dyr. Thomas Schippers (Sony/RCA, 1965)*,
  4. „Tosca” – Giuseppe di Stefano, Giuseppe Taddei, chór Wiedeńskiej Opery Państwowej, Wiedeńscy Filharmonicy, dyr. Herbert von Karajan (Decca, 1962),
  5. „Ernani” – Carlo Bergonzi, Cornell MacNeil, Giorgio Tozzi, chór i orkiestra Metropolitan Opera, dyr. Thomas Schippers (Sony/RCA, 1962),
  6. „Bal maskowy” – Carlo Bergonzi, Robert Merrill, Shirley Verrett, Reri Grist, RCA Italian Orchestra and Chorus, dyr. Thomas Schippers (Sony/RCA, 1967),
  7. „Carmen” – Franco Corelli, Robert Merrill, Mirella Freni, chór Wiedeńskiej Opery Państwowej, Wiedeńscy Filharmonicy, dyr. Herbert von Karajan (Sony/RCA, 1963),

* wykonania oznaczone gwiazdką oznaczają, że istnieją bardzo atrakcyjne, drugie wersje tych oper. I tak, „Aida” doczekała się jeszcze studyjnego nagrania Decci (Rita Gorr, John Vickers, Rober Merrill, Giorgio Tozzi, dyr. Sir Georg Solti, 1965), „Il trovatore” – drugiego półpirata z Franco Corellim (ich wspólny debiut z MET (z Irene Dalis, Mario Serenim, dyr. Fausto Cleva, Sony/RCA, 1961) oraz „Moc przeznaczenia” (poza nią śpiewa Placido Domingo, Sherrill Milnes, Bonaldo Giaiotti, Gabriel Bacquier, Fiorenza Cossotto, dyr. James Levine, Sony/RCA, 1976).

Opublikowano Uncategorized | 4 komentarzy

Z przeznaczeniem nie wygrasz, czyli za co artyści kochają „Moc przeznaczenia”?

Wspominałem już na moim blogu o gigantycznym uwielbieniu publiczności do „Nabucca” oraz o szalejącej obecnie modzie na „Eugeniusza Oniegina”. Dzisiaj chciałbym uderzyć z innej strony.

„Moc przeznaczenia” nie odniosła wielkiego sukcesu na prapremierze, a gruntownie poprawiona wersja (1869) została przyjęta życzliwiej, choć wciąż nie najlepiej. Opera zyskała status pechowej. Wśród najsłynniejszych przykładów złego losu należy wspomnieć o tragicznym epizodzie z udziałem wielkiego barytona, Leonarda Warrena, który zginął podczas spektaklu w MET.

Czy to jedyna przyczyna ograniczonego entuzjazmu ze strony dyrektorów teatrów? Raczej nie: opera jest długa, wymaga zdolnego reżysera i świetnej obsady w sześciu głównych rolach. Poza tym, jeśli mogę wydać brutalny osąd, „Moc przeznaczenia” wypada słabiej od wszystkich późniejszych oper Verdiego („Don Carlos”, „Aida”, „Otello”, „Falstaff”). Pomimo pięknej muzyki, dzieło jest pełne dłużyzn, a nawet po wyeliminowaniu największych fabularnych nonsensów z pierwotnej wersji, fabuła ciągle pozostawia sporo do życzenia. Operze brak wewnętrznej spójności – uważam, że skonstruowano ją z kilku osobno pięknych, ale generalnie niepasujących do siebie elementów.

Dlaczego zdobyłem się na tę nieco brutalną tyradę? Ponieważ ta nierówna, choć pod wieloma względami piękna opera mistrza z Buseto, jest jednym z najlepszych, jeśli nie najlepiej reprezentowanym dziełem Verdiego na płytach!

Wysyp klasyków:

Dobrze, żeby nie było, że rzucam słowa na wiatr –  „Moc przeznaczenia” doczekała się takich klasyków jak:

a) wielkie nagranie w starym stylu, z imponującą obsadą: Maria Caniglia, Galliano Masini, Carlo Tagliabue, Ebe Stignani, Saturno Meletti, Tancredi Pasero, dyrygowane Gino Marinuzziego,

b) wersja na żywo pod genialnym przewodnictwem Mitropoulosa, ze wstrząsającą Renatą Tebaldi, pełnym zapału del Monaco, już dojrzałym Cesarem Siepim (jedna z jego najpiękniejszych ról), Cappechim, Barbieri i życiową rolą Aldo Prottiego,

c) kolejna wielka płyta Marii Callas, w towarzystwie znakomitych Tuckera i Cappechiego, solidnych Rossi-Leminiego i Tagliabue oraz dobrej Nicolai. Serafin dyryguje lirycznie i elegancko, doskonale wspomagając solistów,

d) ktoś mądry w firmie Decca uznał, że Renatę Tebaldi trzeba nagrać. Dzięki temu uzyskaliśmy wspaniałą wersję studyjną, gdzie towarzyszą jej del Monaco, Bastianini, Siepi, Corena i Simionato, a całością dyryguje Francesco Molinari-Pradelli,

e) udało się też zarejestrować spektakl z Neapolu, z 1958 (także na DVD!) w imponującej obsadzie: Tebaldi, Corelli, Bastianini, Christoff, Dominguez i Cappechi. Jest to jeden z największych spektakli video jaki widziałem, nawet jeśli gra aktorska i scenografia brzydko się zestarzały,

f) po Callas i Tebaldi, rola Leonory trafiła po opiekę Leontyne Price, która nagrała tę operę w zapierającej dech w piersiach obsadzie, składającą się praktycznie z samych Amerykanów (Tucker, Merrill, Tozzi, Verrett, Flagello, dyr. Schippers). Sama primadonna śpiewa głębokim, powalająco pięknym głosem,

g) żeby tego było mało, nagrała „Moc przeznaczenia” po raz drugi! Co prawda jej głos stracił sporo wokalnego blasku, ale towarzyszą jej Domingo, Milnes, Cossotto,Giaiotti i Bacquier (wszyscy w szczytowej formie!), mniejsze role śpiewają takie giganty jak Senechal, King i Moll, a James Levine dokonuje chyba swojego najlepszego nagrania,

Powyższa siódemka to prawdziwe wisienki na torcie, monumentalne, mistrzowskie pozycje. Ale to jeszcze nie koniec! Mamy dwa piękne nagrania Franca Corelliego z MET (jedno z Price, jedno z Gabriellą Tucci), ciekawą wersję Mirelli Freni (pod batutą Mutiego, z Zajick, Domingo, Zaccarią, Plishką i Bruscantinim), interesującą, współczesną pozycję z Rosalind Plowright (z Carrerasem, Baltsą, Brusonem, Burchuladze i Ponsem, dyr. Sinopoli), wielkie nagranie Zinki Milanov w towarzystwie Elias, Tuckera, Warrena, Siepiego i Coreny. Mało? To mamy jeszcze na deser kolejne nagranie na żywo Mitropoulosa ze Stellą, Simionato, di Stefano, Bastianinim, Kreppelem i Donchem, już czwarte nagranie Tebaldi (z di Stefano, Prottim i Modestim), trzecie nagranie Domingo (z Arroyo), wersję ze Arroyo, Bergonzim, Cappuccillim, Raimondim, Casoni i Evansem. Ponadto Rosjanie nie pozostali w tyle i nagrali pierwotną wersję opery (dyr. Gergiev).

A jak z płytami DVD? Poza genialnym nagraniem z 1958, Metropolitan Opera zarejestrowała spektakl z Leontyne Price (zapisali Leonorę, a nie nagrali Aidy, jej najsłynniejszej roli?). Towarzyszą jej Giuseppe Giacomini, Isola Jones, Leo Nucci, Bonaldo Giaotti i Enrico Fissore. Europa nie pozostała w tyle – zdaniem wielu, jednym z najlepszych nagrań „Mocy przeznaczenia” jest spektakl z La Scali z Caballe, Carrerasem, Cappuccillim, Nave, Ghiaurovem i Bruscantinim.

Trzy wielkie płyty DVD, niezliczona ilość klasyków na CD, największe primadonny, tenorzy będący w szczytowej formie, uskrzydleni dyrygenci… Ile oper Verdiego może poszczycić tak genialną spuścizną? „Rigoletto”? „La Traviata”? „Don Carlos”? Na pewno ani „Bal maskowy”, ani „Trubadur”, ani „Falstaff”, nie mówiąc już o „Nabucco”, „Otellu”, czy „Aidzie”. A podejrzewam, że gdyby przeprowadzić sondę wśród melomanów, to raczej te tytuły cieszyłyby się większą popularnością od „Mocy przeznaczenia”. Co jest takiego w tej operze, że śpiewacy i dyrygenci tak chętnie do niej wracali? Przynajmniej do niedawna, bo obecnie wystawia się ją rzadziej niż kiedyś.

Choć warto odnotować, że w głośnej grze komputerowej „Civilization 5” wykorzystano początek z Pace, pace mio Dio:

 

Oddajmy Verdiemu, co verdiowskie

Może najprostszym sposobem na rozwikłanie tej zagadki będzie wskazanie największych pozytywów opery. Bo nawet jeśli mam zastrzeżenia, „Moc przeznaczenia” może pochwalić się niejedną zaletą.

Wspomniałem, że jest to opera niespójna, gdzie poszczególne elementy w żaden sposób się nie scalają. I choć zdania nie zmieniłem, to muszę się zgodzić z panem Kamińskim, który bardzo mądrze zauważył, że to właśnie na tej niespójności „Moc przeznaczenia” buduje swoją potęgę. Brat Melitone mógłby być jedyne odźwiernym z pierwszego aktu, jednak Verdi świadomie (także po wprowadzeniu poprawek) buduje mu niemałą, typowo komediową rolę. Podobnie moglibyśmy wyciąć radosne sceny Preziosilli, dzięki czemu zatrudnianie pierwszorzędnej mezzosopranistki nie byłoby konieczne.

Cała ta bizantyzajska otoczka, choć nie tak spójna jak w „Don Carlosie” (o „Balu maskowym” nie wspomnę), pozwala odetchnąć poszczególnym solistom. A jeśli mówimy o odpoczynku i równowadze, „Moc przeznaczenia” traktuje szóstkę bohaterów wyjątkowo równo. Nie licząc dwóch wielkich arii Leonory, każdy z pozostałej piątki dostaje swoich pięć minut i nawet jeśli nie są to przeboje pokroju La donna e mobile, wszyscy mają szansę zaskarbić sobie sympatię widzów.

Ale to nie koniec dobrych wieści dla śpiewaków. Choć mam sporo zastrzeżeń do fabuły, trzeba pochwalić Piavego za dobrze napisanych bohaterów. Leonorze daleko od męczennicy Izaury – choć zły los bezustannie ją ściga, ona pozostaje twardą i trzeźwo patrzącą na świat kobietą (co widać zwłaszcza w rozmowie z przeorem). Jej pierwsza aria, mistrzowsko zinstrumentalizowana, pokazuje zderzenie „ziemskiej” Leonory z „boskim” zakonem. Verdi wie, że gdy Leonora rozpocznie pustelniczy żywot, staje się niemalże świętą kobietą, przez co mało interesującą. Kompozytor idealnie odmierzył czas, wręczając jej jeszcze wielką arię w akcie IV, kiedy już zaczęliśmy o niej zapominać. Bez wątpienia łatwo zrozumieć, dlaczego tak chętnie śpiewała ją Callas, Tebaldi, Price i wiele innych pierwszorzędnych śpiewaczek.

Choć aria La vita e inferno all’infelice ukazuje nam postać jedynie wrażliwego kochanka, a wycięty z literackiego pierwowzoru prolog osłabia Don Alvara, to wciąż intrygujący bohater. Jest dobrym człowiekiem, ale potrafi walczyć, przyparty do muru, umie pokazać pazury, no i stara się znaleźć duchową równowagę. Carlos jest wzorowym czarnym charakterem, którego kompozytor uzbroił w dwie fantastyczne arie. Poza tym zarówno scena z Preziosillą, jak i Don Alvarem pokazują, że gdyby nie ten mroczny epizod z pierwszej sceny, mógłby być miłym i sympatycznym gościem, z którym chętnie poszlibyśmy na szklankę czegoś mocniejszego.

Choć zarówno zakonnicy jak i Preziosilla nie prezentują przesadnie głębokich charakterów, każdy z nich otrzymał mnóstwo wspaniałej muzyki. Nie mówiąc o tym, że są pewnego rodzaju nowościami w repertuarze kompozytora. Ojciec przeor jest chyba najbardziej dobrotliwą postacią wśród verdiowskich basów (nawet bardziej niż Zachariasz i Jorg), jednocześnie znając realia życia, co czyni go bardziej autentycznym. Preziosilla i Melitone są prototypami pani Żwawilskiej i Falstaffa, jednak prezentujących się bardziej przyswajalnej dla widza formie (jakby nie patrzeć, „Falstaff” nie jest najłatwiejszą w odbiorze operą).

I choć jest to opera nie najłatwiejsza (zresztą, o której operze Verdiego można tak powiedzieć), nie stawia przed solistami tak kosmicznych wymagań jak „Otello”, „Il trovatore” dla tenora, czy „Nabucco” dla sopranu. Może więc dlatego tak łatwo było o wielką obsadę w złotej i srebrnej epoce śpiewu?

Na koniec: „Moc przeznaczenia” to łakomy kąsek dla dyrygentów. Zaczynając od uwertury, chyba najpiękniejszej w karierze Verdiego, obowiązkowej pozycji każdej płyty w stylu „Giuseppe Verdi – uwertury i preludia”. Natomiast uważam, że największą zachętą dla dyrygenta jest gigantycznie zróżnicowanie partytury – skaczemy od prostych radosnych melodii, po tragedię, thriller, religijny patos i prostą prozę życia.

Wnioski:

Wpis jest już trochę za długi, więc niestety tu się zatrzymam. Zatem, w telegraficznym skrócie: „Moc przeznaczenia” kusi wykonawców zróżnicowanymi, dobrze napisanymi postaciami, piękną i nie za trudną partyturą oraz świetnym materiałem dla dyrygenta. Nawet jeśli rzadko możemy usłyszeć ją na żywo, cieszmy się jej wybitnymi nagraniami!

Opublikowano Uncategorized | 7 komentarzy

Chopin i Wrocław raz jeszcze – Georgijs Osokins w NFM, 03.02.2017

Dawno nie byłem w Narodowym Forum Muzyki, które, przynajmniej sądząc po obłożeniu widowni, świetnie sobie radzi. Tym razem, zamiast wizyty uznanego już artysty, 03.02.2017 zagrać miała wschodząca gwiazda współczesnej pianistyki, Kate Liu. Niestety, z niewyjaśnionych przyczyn, jej występ został odwołany, a pierwszy koncert fortepianowy e-moll zagrał Georgijs Osokins, młody łotewski pianista, wyróżniony podczas ostatniego konkursu chopinowskiego. W drugiej części programu zaprezentowano koncert na orkiestrę Bartoka.

O ile zwykle nie mam przeciwwskazań co do organizacji NFM, wczoraj ewidentnie coś poszło nie tak. Koncert rozpoczął się dopiero o 19:10, przy 77 minutowym programie zdecydowano się na 30-minutową przerwę, w dodatku przedłużono ją jeszcze o kilka minut. W ostatecznym rozrachunku, całość skończyła się po dwóch i pół godzinie. Zważywszy na moje przeziębienie, byłem daleki od zachwytów.

Szczęśliwie,  Georgijs Osokins zrekompensował mi cały ten bajzel. Młody pianista mknął przez wieczór niczym narwany arab czystej krwi, skacząc od młodzieńczego romantyzmu, po brawurę i wirtuozerię, a nawet histerię. Żwawy, wewnętrznie skupiony i technicznie poprawny dał nam prawdziwe widowisko. Oczywiście, to jeszcze nie ten wiek, byśmy mogli mówić o złożonej interpretacji, nieraz emocje brały górę nad porządkiem i dyscypliną, a brawurowe przejścia nie zawsze kończyły się sukcesem, była to jednak mocna, szczera i cudownie rozrywkowa uczta muzyczna. Również dwa bisy zrobiły na mnie spore wrażenie. Bez wątpienia chętnie się wybiorę na koncerty skupionego, pełnego szacunku dla publiczności, młodego Łotysza.

O ile solista mnie usatysfakcjonował, o tyle orkiestra pod batutą George Tchitchinadze bardzo mnie rozczarowała. Gruziński dyrygent był wyraźnie znudzony i przygaszony, nie potrafił w orkiestrze wykrzesać ognia, który wręcz buchał znad fortepianu. A więc podobnie jak podczas koncertu Alice Sary Ott był to koncert „dwóch prędkości”, ale tym razem wina leży ewidentnie po stronie orkiestry.

Natomiast po przerwie wszystko się poprawiło. Co prawda pierwsza z pięciu części koncertu Bartoka poprowadzona została na odwał, a muzycy wyraźnie nie widzieli spójnej koncepcji, ale później odnotowałem wyraźną poprawę. Dyrygent w końcu postawił wszystkich do pionu i nareszcie mogliśmy się rozkoszować tym bardzo oryginalnym, pięknym utworem. Jak zwykle na szczególne brawa zasługuje sekcja dęta, ze szczególnym wyróżnieniem fagotów.

Reasumując, był to bardzo nierówny koncert, z zaskakująco niemrawym dyrygentem. Na szczęście Osokins zrekompensował niedostatki swoich kolegów i koleżanek. Mam nadzieję, że kierownictwo NFM zaprosi go do nas jeszcze nieraz.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Legendary Performances – cudowny potworek dla koneserów

Od Autora – zamieszczony poniżej wpis nie powstał we współpracy z żadną wytwórnią płytową ani sklepem.

Jak każdy zapalony kolekcjoner lubię polować na „drugie”, „trzecie”, a w ekstremalnych przypadkach „czwarte i więcej” nagranie tej samej opery. Owszem, powszechny dostęp do youtuba pozwala w dzisiejszych czasach na odsłuchanie wszystkiego w sieci, ale to nie to samo co dumnie prężące się na półkach albumy. Poza tym dziś jest youtube, jutro go nie ma… Nie mówiąc o tym, że pozostaje jeszcze kwestia legalności załączonych plików, ale to temat na inną, zapewne dużo dłuższą dyskusję i to w wykonaniu prawników, a nie melomanów.

Najpierw trochę teorii:

Firma Bravissimo zdecydowała się na wydanie niespecjalnie zremasterowanych, starych nagrań na żywo (tzn. pół-piratów), poświęcając je tylko jednemu soliście (bądź grupie gatunkowej, np. operze rosyjskiej).  14 -sto płytowe wydania można kupić w Polsce po bardzo niskiej (ok. 90 zł.) albo po obłędnie niskiej cenie (trafiają się promocje, za każdą z kupionych przeze mnie pozycji zapłaciłem mniej niż 60 złotych). Tak niska cena aż kusi by krzyknąć „to doskonałe wprowadzenie do opery dla początkujących!”. Sęk w tym, że właśnie nowi melomani mogą się mocno zniechęcić…

mi0001154107

Kup pan kota w worku:

Przy tak niskiej cenie, raczej nikogo nie zdziwi fakt, że płyty zostały dość oszczędnie wydane. Teksturowe opakowanie, przeźroczyste koperty, bardzo lakoniczny opis twórczości danego artysty (tylko po angielsku) i kilka zdjęć. To akurat mnie nie martwi. Gorzej, że przy spisie utworów nie pojawiają się ani informacje o długości utworów i, co najgorsze, zdarzają się wpadki przy opisie obsady (Gianni Raimondi zamiast Fausta ma przypisanego… Mefistofelesa, zaś Nicolai Ghaiurov zniknął…. Ktoś pomylił Gianni Raimondiego z Ruggerro Raimondim?).

Wspomniałem już, że jakość wydanych oper pozostawia dużo do życzenia. Sporo zależy od miejsca spektaklu, roku w którym wyszło przedstawienie i zapewne sprawności samego „piratującego”. Zdarzają się więc nagrania z trzaskami, całkiem czyste, średnio ogarnięte akustycznie (np. głos tenora jest przez dłuższy czas „oddalony”, by nagle zagłuszyć orkiestrę i resztę solistów) i… z zabawnymi wstawkami. Pod tym względem zdecydowanie wygrywa nagranie „Don Carlosa”, gdzie prócz tradycyjnych braw, słychać uciszanie jednych widzów przez drugich, a nawet konwersacje włoskich melomanów! Raczej smaczek niż wartość dodana, ale jakże zabawny!

Ponieważ zdecydowana większość przedstawień ma miejsce we Włoszek, z bólem muszę poinformować, że zdarzają się „zwloszczenia” librett (m.in. „Manon”, ale np. grana jest też włoska wersja „Córki pułku”), co nie bardzo pasuje na pierwszą rekomendację, ale jako drugą pozycję jak najbardziej.

Bez wątpienia wielkim plusem całej koncepcji jest to, że oprócz wielkich i sławnych oper, trafiają tu dzieła mniej znane. Zwłaszcza box z Carrerasem (póki co, kupiłem zestaw z Freni, Domingo i Carrerasem) zawiera tylko dwie znane opery („La Traviata” i „Bal Maskowy”), ale dalej już jest „Maria Stuart”, „Luisa Miller”, „Jerusalem”, „Beatrice di Tenda” i „Caterina Cornaro”.

Miło też, że choć w zestawach zdarzają się powtórki (np. „Cyganeria” z Freni i Pavarottim, „La Traviata” ze Scotto i Carrerasem), pojawiły się różne wykonania tej samej opery (np. i Scotto, i Caballe śpiewają w „Madamie Butterfly”).

Żebym nie zapomniał: większość nagrań powstała mniej więcej do lat 80-tych, tak więc często można usłyszeć wyjątkowo młodych solistów (na 7 oper, Carreras jest najstarszy w „Luizie Miller”, gdzie ma tylko 30 lat!).

Część spektakli trafiło też na (bardzo drogie) płyty DVD, więc jest to dobra okazja, by sprawdzić czy będziemy zainteresowani zakupem płyt audio wideo (np. „La Traviata” ze Scotto i Carrerasem):

Podsumowanie:

Z powodu jakości dźwięku, nierównej obsady (zwłaszcza drugoplanowej) i nieraz dziwnych opracowań partytury, seria „Legendary performances” kompletnie nie nadaje się na tak zwane „pierwsze rekomendacje”. Z drugiej strony, dzięki bardzo przystępnej cenie, tacy zapaleńcy jak ja mogą wciąż uzupełniać swoje kolekcje, bez przesadnego obciążenia portfela.

Opublikowano Uncategorized | 4 komentarzy

W końcu odnaleziony – „Nocny dzwoneczek”

Najmilszą chwilą w życiu kolekcjonera płyt jest dorwanie takiej pozycji, na którą poluje się od dawien dawna i, choć można ją przesłuchać na youtubie, wreszcie da się ją przesłuchać na własnym sprzęcie grającym.

W styczniu tego roku taką pozycją był „Nocy dzwoneczek”:

Il campanello di notte – Nocny dzwoneczek, farsa w 1 akcie

Muzyka i libretto – Geatano Donizetti

Prapremiera – Teatr Nowy w Neapolu, 1 VI 1836

Don Annibale, aptekarz – bas komediowy^

Serafina, jego żona – mezzosopran lub sopran^

Henryk (Enrico), dawny kochanek Serafiny – baryton^

Spiridione, wierny służący Don Annibala – tenor

Madame Rosa, matka Serafiny i ciotka Henryka – mezzosopran

Goście weselni, służba, mieszkańcy Neapolu

Akcja rozgrywa się w Neapolu, w XIX wieku

Treść: słynny aptekarz Don Annibale wyprawia wielkie wesele (Evviva Don Annibale). Wielki naukowiec i uosobienie drobnomieszczańskich cnót nareszcie dopiął swego i pojął za żonę piękną Serafinę (słynne Bella cosa). Po nocy poślubnej pan młody będzie zmuszony opuścić swą połowicę, gdyż ważne interesy wzywają go do Rzymu.

Ponieważ plany Annibala są wszystkim znane, dawny kochanek Serafiny postanawia wykorzystać okazję. Próbuje znów podbić serce ukochanej, ta jednak odtrąca go… chyba… (Non fuggir, t’arresta, ingrata!). Nic nie szkodzi, bowiem Henryk ma szczwany plan. Najpierw wygłasza toast na cześć młodej pary, po czym szybko znika z imprezy.

W końcu dom pustoszeje, a aptekarz pospiesznie zmierza do sypialni panny młodej. Zanim jednak dojdzie co do czego, rozlega się dźwięk aptekarskiego nocnego dzwoneczka. Francuski szlachcic (oczywiście jest to Henryk w przebraniu) prosi aptekarza o lekarstwo na gorączkę. Gdy Annibale zostawia go na chwilę, ten przestawia wszystkie meble i gasi światło.  Zorientowawszy się, że klient sobie poszedł, Annibale ani myśli zastanawiać się nad tożsamością gościa i wyrusza na górę.

Nie upłynęła nawet minuta, a dzwonek znów dał o sobie znać. Tym razem jest to śpiewak operowy, który potrzebuje czegoś na gardło. Odzyskawszy głos, radośnie demonstruje swoje możliwości (wspaniały duet Ho una bella). Pozbywszy się natręta, aptekarz odnajduje tajemniczy liścik z pogróżkami. Wzywa swojego służącego – po przegadaniu sprawy dochodzą do wniosku, że to musi być Henryk. Wierny sługa niezwłocznie rozstawia po domu petardy, mające spłoszyć potencjalnego amanta, a Annibale znów zmierza na górę.

I znów zanim zdąży wejść na górę, dzwonek zadźwięczy po raz kolejny. Tym razem jest to zdenerwowany mąż recytujący listę leków niezbędnych dla jego małżonki (genialny i arcytrudny duet Mio signore venerato). Pozbywszy się i jego, Annibale liczy, że w końcu mu się uda… nie zauważył jednak przestawionych mebli, a w swej nieostrożności zapomniał o petardach. Zalicza więc bolesną stłuczkę, a hałas petard budzi cały dom. Wtedy właśnie dzwonek daje znać po raz czwarty. Czwarty raz z rzędu pojawia się Henryk, tym razem jednak w „swoim” uniformie. Informuje grzecznie Don Annibala, że dyliżans niedługo odjeżdża i musi czym prędzej wyjść z domu.

Tak więc słynny aptekarz opuszcza małżonkę, a ta zapewnia go, że pozostanie mu wierna.

I chyba powinniśmy jej wierzyć. Chyba…

Historia i kariera dzieła: Donizetti był człowiekiem ze stali. Jeśli ktoś w to wątpi, to niech spojrzy na daty – „Dzwoneczek” powstał cztery miesiące po jego poprzedniej operze (a dwa miesiące później będzie następna). W międzyczasie musi pozbierać się po śmierci matki, a jego żona urodziła martwe dziecko. Może tworząc tę prostą i pełną doskonałych dowcipów farsę, znalazł doskonałą ucieczkę od rzeczywistości? Nie zmienia to faktu, że utwór odniósł olbrzymi sukces (który zaskoczył nawet samego kompozytora). Kując żelazo póki gorące, Donizetti stworzy wkrótce następną świetną farsę („Betly albo chatka szwajcarska”).

„Dzwoneczek” zawojował całe Włochy i choć zniknął na prawie cały wiek, odrodził się w wielkiej transmisji Radia Turyńskiego (Orchestra Sinfonica e coro della RAI di Torino) w 1949 roku. Od tego czasu pikantna farsa Donizettiego nie schodzi z afiszów włoskich scen, kusząc zwłaszcza basy komediowe i barytony wychowane na Rossinim.

Komentarz: nie mam zielonego pojęcia dlaczego największe teatry operowe świata nie pomyślały nigdy by poświęcić donizzetowskim farsom choć kilka wieczorów (np. w formie trylogii – „Rita albo żona mnie bije”, „Nocny dzwoneczek” i „Betly albo chatka szwajcarska”). Skromne farsy Donizettiego zasługują na o wiele więcej uwagi.

Samo dziełko trwa ledwie mniej niż godzinę, a jeśli odjąć liczne recytatywy, dostajemy tak naprawdę ledwie kilka numerów. Za to jakiej klasy! Po krótkim wstępie chóru, usłyszymy pierwszy wielki numer, Bella cosa – zręczny bas z łatwością będzie balansował pomiędzy „grzecznością” i formalnością wobec gości, a drobnomieszczańską żądzą (Don Pasquale będzie mówił dokładnie tym samym językiem!).

Duet Serafiny z dawnym kochankiem znów każe myśleć o „Don Pasqualu”, choć raczej ma coś z przekomarzań Noriny i Malatesty niż miłosnych uniesień Noriny z Ernestem. Kulminacyjnym punktem (jeśli można użyć takiego określenia przy 50 minutowym dziele) są klasyczne przebieranki w wykonaniu Henryka. Duety z jego ofiarą to prawdziwa parada muzycznych skarbów, gdzie wśród cytatów z Rossiniego (między innymi „Podróż do Reims” i „Włoszka w Algierze” – frazy Taddea idealnie oddają nastrój Don Annibala), znajdziemy wszystkie sztuczki dobrego rossiniowskiego barytona. Poczynając od przedrzeźniań, modulacji głosu, grze na pograniczu fałszu (górne tony „chorego śpiewaka”) poprzez nienaganne prowadzenie frazy, na łamańcach językowych kończąc.

Ostatecznym sprawdzianem umiejętności śpiewaków jest arcytrudny duet Mio signore venerato, gdzie zagęszczenie nut i sylab, połączone z wokalnymi zabawami słownymi, stanowi Mount Everest dla śpiewaków. Ciekawe, że przy wszystkich zapożyczeniach od Rossiniego, pojawiają się tu fragmenty, które Donizetti wykorzysta w przyszłości. I nie mówię tylko o „Don Pasqualu”, ale też o uwerturze do „Córki pułku” (posłuchajcie uważnie mniej więcej od trzeciej minuty):

 

Szczęśliwie dla panów, fabuła zmierza do cynicznego finału i można już zebrać zasłużone brawa. Wszyscy rozchodzą się zadowoleni do domu i tylko nieliczni zastanawiają się, ile to jeszcze świetnych i mało znanych oper stworzył mistrz z Bergamo…

Dyskografia:

  1. Renato Cappechi, Sesto Bruscantini, Clara Scarangella, Miti Truccato Pace, Angelo Mercuriali, Orchestra e Coro della RAI di Torino, dyr. Alfredo Simionetto (Cetra, 1949),
  2. Leo Nucci, Giuseppe Taddei, Mariella Devia, Biancamaria Casoni, Carlo Gaifa, chór Wiedeńskiej Opery Państwowej (chyba), Wiener Symphoniker, dyr. Bruno Amaducci (na żywo, HRE, 1979),
  3. Angelo Romero, Enzo Dara, Agnes Baltsa, Biancamaria Casoni, Carlo Gaifa, chór Opery Wiedeńskiej, Orchestra Sinfonica di Vienna, dyr. Gary Bertini (Sony/CBS, 1983),

Trzy wspaniałe pozycje. Nagranie Cetry to zapis emitowanej przez RAI transmisji, gdzie panowie Cappechi i Brustantini są w genialnej formie wokalnej, prześcigając się w żartach i wokalnych popisach. Towarzyszą im dobrzy soliści i dyrygent z ogromnym poczuciem humoru.To 50 minut doskonałej lekcji belcanta i jest to absolutnie obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników włoskiej komedii. Szkoda, że nigdzie nie można jej dostać…

Nagranie na żywo z 1979 to jeden z największych triumfów w karierze Leo Nucciego – jest niewiarygodnie zabawny, swobodny i wręcz młodzieńczy. Taddei co prawda nie miał najlepszego wieczoru (choć wciąż jest w dobrej formie wokalnej), ale w farsowej błazenadzie czuje się jak ryba w wodzie, a rola Serafiny to aż za mało dla młodej Devii. Kto sięgnie po tę płytę na pewno się nie rozczaruje!

Słabością nagrania Sony jest nieco zbyt poważny dyrygent, ale całość rekompensują soliści. Dara jest zdecydowanie najpoważniejszym aptekarzem na płytach (choć wciąż zabawnym), budując komizm swojego bohatera w mocno pythonowskim stylu. Świetnie kontrastuje z autentycznie zabawnym Romero, a obaj panowie są w wielkiej formie wokalnej. Również Agnes Baltsa rozumie cały żart, a powtórzona obsada drugoplanowa dzielnie dotrzymuje im kroku.

Na rynku istnieje jeszcze kilka pozycji, choć podkreślam, że znalezienie czegokolwiek będzie bardzo ciężkie – nagranie DG z Rinaldim, Mariottim i de Sanctis jest porządnie zaśpiewane i nieźle dyrygowane, ale też i nic więcej. Sony wydała również spektakl na żywo z Leo Nuccim i Enzą Darą (z 1995). Brzmi bardzo obiecująco, ale niestety, nie trafiłem nawet na fragmenty tej płyty. Istnieje jeszcze kilka nagrań wideo z włoskich teatrów – to takie małe, wdzięczne projekty, średnio zaśpiewane i dyrygowane, ale wykonane z pasją i oddaniem.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Piszą o naszych – „Ewa Podleś, Contralto assoluto”

Miło mi zakomunikować, że sława naszych polskich solistów zatacza coraz szersze kręgi. Nie tylko występują na deskach największych teatrów operowych świata, nie tylko dostają propozycje by wziąć udział w nagraniach, ale też zaczynają o nich pisać książki. Brigitte Cormier, francuska dziennikarka i aktorka, poświęciła 5 lat na napisanie szczegółowej biografii największego współczesnego kontraltu – Ewy Podleś:

ewa_podles_contralto_assoluto_image1_310255_5

Czy warto sięgnąć po tę książkę? Może zanim ocenię wartość merytoryczną, zacznijmy od jakości samego wydania. Pod pewnymi względami dzieło wydane jest bajecznie: twarda oprawa, elegancko zszyta, bardzo dobra jakość zdjęć (także tych w kolorze!). Spis treści, spis repertuaru, dobrze dodany indeks, no wszystko super. Poza jednym drobiazgiem – tłumaczenie. Co jak co, ale od PWN wymagam, że sięgną choćby po „1000 i 1 operę” by zerknąć na nazwy poszczególnych dzieł. A tu mamy takie kwiatki jak „Miłosne czary” („El amor brujo”, które już mamy w dwóch tłumaczeniach: „Miłość czarodziejem” bądź „Czarodziejska miłość”), czy arię „Pożegnanie Dydony” (zamiast „Lament Dydony”). Ponadto nikt nie zauważył trzymania się do dziś kontrowersyjnych tłumaczeń (typu „La donna del lago” jako „Dziewica z jeziora”) przy jednoczesnych oryginalnych tytułach dobrze przetłumaczonych dzieł (np. jest „Cosi fan tutte” zamiast „Tak czynią wszystkie”). Na przyszłość byłbym wdzięczny za nieco więcej konsekwencji albo uważniejszej redakcji.

Merytoryczna ocena biografii Podleś (tak na marginesie, ponoć sama solistka ścigała autorkę i kazała jej sprostować to i owo) jest dla mnie bardzo ciężka. Uwielbiam Ewę Podleś i dlatego książka sprawiła mi masę radości. Problem w tym, że autorka podchodzi do analizy interpretacji Podleś równie bezkrytycznie jak ja. Byłem zachwycony dokładnym opisem jej sukcesów, niezmordowanym podejściem do każdej roli, kibicowałem jej podczas pięknej małżeńskiej historii i cieszyłem się z każdego nagrania. Jednak gdzieś głęboko w podświadomości nie mogłem porzucić myśli, że całość jest trochę zbyt czołobitna. Jeśli nie jesteście fanami Ewy Podleś, to już wiecie, że to książka nie dla Was. Jeśli natomiast cenicie ją tak wysoko jak ja, zapraszam do dalszej lektury.

Książka została wydana już kilka lat temu i została oceniona nie tylko przeze mnie. Polecam wpis pana Bogusławskiego: http://marcinboguslawski.blogspot.com/2013/03/contralto-assoluto-nie-tylko-o-ksiazce.html

Pozycja Brigitte Cormier przedstawia początki kariery wielkiej kontralcistki, opowieści z życia osobistego (także relacje z mężem, córką i resztą rodziny) oraz powolne, lecz systematyczne budowanie repertuaru. O ile nie mam zastrzeżeń co do precyzji i dokładności w opisywaniu zdarzeń, o tyle nie przekonuje mnie analiza sukcesów Ewy Podleś pod kątem geograficznym (a nie chronologii, jak jest zazwyczaj w biografiach): w jednym podrozdziale USA, w innym Hiszpania, w jeszcze innym Niemcy i Włochy, czy jej ukochana Kanada. Problem w tym, że przez prawie całą lekturę skaczemy po książce by przypomnieć sobie ten, a nie inny epizod.

Z drugiej strony podoba mi się, że w książce pojawia się motyw przewodni – autorka słusznie rozważa jak to jest, że śpiewaczka tej klasy nie zalicza się do najsławniejszych solistek naszych czasów. Wydaje się, że odpowiedzi szuka we właściwych miejscach – rzadki rodzaj głosu na który nie ma wielkiego popytu, ciągła umiarkowana miłość publiczności do baroku (którego większość woli słuchać na płytach niż chodzić na spektakle), kilka wybitnie nieszczęśliwych epizodów (śmierć znanego agenta, który obiecał lukratywny kontrakt, odwołanie nagrania płytowego, odwołanie spektaklu w głośnej obsadzie, etc.), niezbyt medialna i twardo trzymająca się swoich zasad śpiewaczka, do tego spędzająca sporą część roku w ojczyźnie… Zabrakło mi tylko jednego – mianowicie, że głos Ewy Podleś nie zalicza się do tych „łatwo sprzedających się”. Jest silny, ciemny i mroczny w barwie. Mi (i całej masie widzów na świecie) to nie przeszkadza, ale w mojej opinii to niezłe wytłumaczenie, dlaczego nasza rodaczka jest tak popularna w niektórych krajach (Kanada, Hiszpania, Rosja), a w innych, zwłaszcza nastawionych na eleganckie, hollywoodzkie głosy (Wielka Brytania, Włochy, Niemcy plus scena Metropolitan Opera) solistka nie dostaje następnych kontraktów.

Reasumując, pomimo pewnych niedociągnięć, książkę pani Cormier czytało mi się bardzo przyjemnie. To pozycja raczej dla maniaków głosu Ewy Podleś, choć podejrzewam, że ta grupa jest wystarczająco liczna by zagwarantować jej spory sukces:

 

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Pierwszy podcast na blogu – „Nabucco” 07.01.2017

Tym razem zamiast wpisu, zapraszam na pierwszą relację audio.

Jeżeli tego typu formuła Wam odpowiada, byłbym wdzięczny za komentarze.

Ponieważ to mój pierwszy podcast, nie wszystko poszło tak płynnie jak chciałem. No i oczywiście przepraszam za moją koszmarną wadę wymowy („r”). I za kilka błędów fleksyjnych (np. „spektaklów” zamiast „spektakli”).

Obawiam się też, że trzeba go ściągnąć, postaram się przy następnym podcaście rozwiązać ten problem.

https://drive.google.com/file/d/0B3WoFClbBCYPZjBWTUktbmdReVk/view?usp=sharing

Chciałbym serdecznie podziękować Igorowi Włoskowi za użyczenie mi swojego studia nagraniowego.

Wspomniane w podcaście:

https://poprostuopera.wordpress.com/2013/10/10/na-urodziny-verdiego-za-co-kochamy-nabucco/

https://poprostuopera.wordpress.com/2013/03/26/widz-prl-u/

Serdecznie pozdrawiam,

Marek Błaszczak

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarzy